Świat pełen jest rzeczy, osób, zjawisk, które wkurwiają nas niepomiernie. Dlaczego zatem nie kolekcjonować ich jak tazosów z pokemonami przed laty? Takie pytanie zadałem sobie pewnego dnia, dnia, który nie był ani słoneczny, ani deszczowy, ale wkurwiał mnie swym poniedziałkowym charakterem (i tym, że w radio akurat leciał Feel). I tak oto narodził się pomysł na cykl „Romanowe Bulwersidła”, gdzie – mówiąc najogólniej – dzielić się będę z Wami wszystkim tym, co mniej lub bardziej wkur… zbulwersowało mnie w danym miesiącu.

Bulwersidło nr 1: śpieszmy się chronić wadliwe płody, tak szybko stają się niepełnosprawnymi dziećmi, które należy olać ciepłym moczem

Taką postawę przyjął najwyraźniej obecny rząd. Rząd, który niesiony heroiczną narracją Kościoła miał rzekomo stawać w obronie życia, a nawet wypłacać „ekstra premie” za urodzenie niepełnosprawnego dziecka, byle tylko matki nie decydowały się na przerywanie ciąży po odkryciu wad rozwojowych płodu. Rząd, który myślał nawet o zabronieniu kobietom wykonywania badań prenatalnych, aby tych wad rozwojowych nie diagnozować, a tym samym – nie dawać ciężarnym powodu do wykonywania aborcji.

Toteż zdziwiony jestem, że ten sam rząd w tak arogancki, nieczuły i wrogi wręcz sposób podchodzi do protestujących w sejmie rodziców niepełnosprawnych dzieci. Owszem, rozumiem – a przynajmniej staram się zrozumieć – że polityka polityką, nie jestem jednak w stanie pojąć wyczuwalnej niechęci rządu do prowadzenia jakiegokolwiek konstruktywnego dialogu. Bo rzecz – nieistotne, kto ma więcej racji, czy rząd, czy protestujący – takiego dialogu wymaga. Jeżeli ktoś bierze na swoje polityczne barki odpowiedzialność za życie narodu, niechaj ta odpowiedzialność wykracza poza coś więcej niż doprowadzanie ciąż do rozwiązania za wszelką cenę.

Bulwersidło nr 2: Pani z Roksy i nocne klientów przyjmowanie

O sąsiedzkim seksie słyszanym za ścianą już pisałem. Jeśli dodać do tego fakt, iż źródłem sapań, jęków i rytmicznego klaskania jest pani z serwisu Roksa, temat staje się… „ciekawszy”. Tak, nie tak dawno okazało się, że mam bardzo przedsiębiorczą sąsiadkę. Ledwie kilka numerów mieszkań za mną. Klatka obok.

Cóż, podczas pracy Pani jest dość… audialna. Dźwięki wydostające się z jej mieszkalnego okna – które, notabene, nieustannie jest otwarte – nie pozostawiają złudzeń co do ich natury. I żeby nie było, nie zamierzam stawiać się w roli strażnika moralności. Nie mam nic przeciwko tego typu profesji. Ba, uważam nawet, że na swój sposób jest niezwykle istotna, pożyteczna społecznie i powinna zostać zalegalizowana. Sama Pani natomiast, zawsze dla mnie miła i serdeczna, nigdy nie będzie przeze mnie potępiona z racji wybranego sposobu zarobkowania.

No ależ kurwa!

Ja w tak ostentacyjny sposób roboty do domu nie przynoszę. Nie informuję całego bloku o 3:00, że pracuję. Nie odwalam chałupnictwa, które byłoby aż tak przykre dla sąsiadów. Słuchanie w środku nocy charakterystycznego klaskania, pozwalającego domyślić się aktualnie eksploatowanej pozycji, jest dość żenujące. Podobnie jak epilogi miłości monetyzowanej w formie przeciągających się konwersacji, których naprawdę, ale to naprawdę słuchać nie chciałem.

Bulwersidło nr 3: „Sprawa dla reportera”

Tak dawno nie oglądałem tego programu, że zdążyłem zapomnieć, jak bardzo nie trawię zarówno jego formuły, jak i realizacji, nade wszystko jednak – tendencyjnej prowadzącej. W majowy weekend miałem nieprzyjemność sobie o tym wszystkim przypomnieć. Za sprawą teścia, który jest fanem Pani Jaworowicz. I doszedłem do wniosku, że „Sprawę dla reportera” należałoby wskazywać studentom dziennikarstwa jako sztandarowy przykład… antydziennikarstwa.

Kto wie, może w przyszłości napiszę na ten temat coś więcej.

Bulwersidło nr 4: majowe grillowanie

Jak ja tego nie znoszę. Grillowanie to zdecydowanie nie mój żywioł. Ani nie jestem pasjonatem grilowanych potraw, ani stania przy tym ustrojstwie i pilnowania, by nie zgasł. Jeśli dodać do tego, że jestem istnym grillowym beztalenciem… ech… jedyny plus taki, że można spędzić czas ze znajomymi na świeżym powietrzu.

Bulwersidło nr 5: facebookowe posty typu „oznacz znajomego”

Kroiłbym maczetą tego, który to ustrojstwo wymyślił. Powoli, konsekwentnie, posypując każdą ranę łyżką soli. „Oznacz znajomego” sprawiło, że korzystanie z social mediów (przede wszystkim z Facebooka) stało się nieznośnie. Moja tablica została uwalona tym gównem niczym przednia szyba samochodu. Ja zdaję sobie sprawę, że postowanie tym łajnem znacząco zwiększa zasięgi, niemniej mam nadzieję, że algorytmy Facebooka wkrótce sobie z tą pandemią poradzą.