Nie tak dawno recenzowałem pierwsze trzy sezony Peaky Blindersmojego najmilszego serialowego odkrycia kończącego się już roku. W zeszłą środę na Ale Kino+ mogliśmy obejrzeć finał czwartego sezonu. Czas zatem na krótkie podsumowanie, będące bardziej zbiorem zbiorem luźnych refleksji niż recenzją. UWAGA! Kto nie oglądał, tego ostrzegam o spoilerach.

Mieszane uczucia po finale

Zaczynamy od końca, czyli od finału sezonu. Finału, w którym było wszystko: plot twisty, zgony, emocje. Była nawet deus ex machina w postaci Ala Capone’a – tym samym dość marne zwieńczenie wątku Luki Changretty. Postaci, której jeszcze na dobre nie zdążyliśmy polubić, a już wącha londyńskie kwiaty od spodu. Podobnie zresztą jak nieodżałowany Alfie Solomons, który zdradził Tommy’ego i zdradę tę musiał przypłacić życiem.

Finał był emocjonalną sinusoidą, choć rozwiązanie głównego wątku zajęło twórcom ledwie pół odcinka. Drugie pół to już budowanie fundamentów pod przyszły sezon. Taka degustacja whisky, którą w całości przyjdzie nam skonsumować dopiero (chlip, chlip) w 2019 roku. Nie chciałbym streszczać tutaj fabuły, ograniczę się do wymienienia kilku kwestii, na które zwróciłem uwagę.

peaky blinders recenzja sezon 4

Pomysł na zakończenie wątku Luki Changretty był średni

I tak, mam na myśli wspomnianą już deus ex machinę. Historyczna postać Ala Capone’a została wspomniana w dialogach raz lub dwa, ale to zdecydowanie za mało, aby odegrać kluczową rolę dla głównego wątku. A jednak amerykański gangster taką odgrywa, układając się z Tommym i wydając na Lukę wyrok śmierci. Owszem, w kontekście Shelbych ma to jakieś uzasadnienie, ponieważ wprowadza nieoczekiwany zwrot akcji. Widz zostaje zrobiony w bambuko tak samo, jak sam Changretta. I kiedy już zwycięstwo Luki wydaje się przesądzone, a Tommy Shelby jest na kolanach (dosłownie), z fabularnego nieba zstępuje bóg z maszyny, powołując do serialowego żywota Ala Capone’a. Pif paf i Changretta nie żyje, makaroniarze się rozchodzą, Shelby piją gin. Koniec.

Zaskoczenie było? Było. Efektowny koniec był? Był. Czy ingerencja Ala Capone’a była uzasadniona fabularnie? Nie. Czy jestem tym faktem rozczarowany? Na tyle, że w trakcie seansu zawyłem z rozczarowania. Łeeeeeeeeee…

peaky blinders recenzja sezon 4

Upozorowana śmierć Arthura była do bólu przewidywalna

Uśmiercając Arthura i robiąc w trąbę Włochów, scenarzyści poszli nieco na łatwiznę. Zabieg może i był efektowny, ale jednocześnie trochę taki… tandetny. I przewidywalny. Przynajmniej jak na standardy, do których Peaky Blinders zdążyło nas przyzwyczaić. Przyznam, że czułem się nieco zażenowany, kiedy Arthur Shelby pojawił się na ekranie po swoim rzekomym zgonie. Z drugiej strony twórcy natychmiast wyjaśnili, co rzeczywiście stało się za kulisami ringu bokserskiego, co było jak najbardziej na plus.

peaky blinders recenzja sezon 4

Bolesne rozstania

Świetnych Toma Hardy’ego i Adriena Brody’ego nie zobaczymy już w przyszłym sezonie. Mnie szczególnie boli strata tego pierwszego. Wykreowany przez niego Alfie Solomons to już postać kultowa. A z minionego sezonu zapamiętam przede wszystkim jego dialog… z Luką Changrettą z 5 odcinka. Majstersztyk. Będę tęsknić, panie Solomons.


Aktorsko było więcej niż wyśmienicie

Wciąż świetny Cillian Murphy, z sezonu na sezon coraz lepszy Paul Anderson. Wreszcie silniejszym głosem przemówiły kobiety, na czele z Helen McCrory. Tom Hardy niestety pojawiał się w tym sezonie rzadko, ale gdy już to robił, kradł całe show. Trzeba też wspomnieć o powiewie świeżości w osobach Adriena Brody’ego oraz Aidana Gillena, znanego z roli Littlefingera z Gry o tron. 

Brody kapitalnie pasuje do roli Changretty, mimo iż sama postać napisana jest kiepsko. Jedyne, co może drażnić w grze aktora, to ta swoista maniera w głosie, do złudzenia przypominająca sposób wysławiania się Marlona Brando w Ojcu Chrzestnym. Mniej widowiskowo spisał się Gillen, choć tu można odnieść wrażenie, że scenarzyści po prostu nie dali mu rozwinąć skrzydeł.


peaky blinders recenzja sezon 4

Z dużej chmury mały deszcz

Tak właśnie można opisać przebieg minionego sezonu, który zapowiadał się fantastycznie i aż do czwartego odcinka utrzymywał bardzo wysoki poziom. Dwa ostatnie epizody trochę jednak rozczarowały. Ale nie zmienia to faktu, że było świetnie. Cudowne zdjęcia, kapitalny soundtrack, klimat, od którego na plecach pojawiają się ciarki. Peaky Blinders to serial, który ciągle chce się oglądać. I serce boli, że na kolejny sezon będziemy musieli czekać aż do 2019 roku.peaky blinders recenzja sezon 4