mr robot recenzja serialu

Mr. Robot – recenzja serialu, który zhakuje Ci mózg

Złote Globy, Emmy oraz deszcz pierdyliona innych nagród. Zbierane z podłogi szczęki urzeczonych widzów. Obsada złożona w większości z aktorów młodszego pokolenia. Fenomenalny Rami Malek. Cudowne zdjęcia i jeszcze lepszy soundtrack. Z drugiej strony fabuła, która momentami uśpiłaby człowieka nawet po dwóch kawach i pięciu Red Bullach. Tak czy siak, Mr. Robot to serial, obok którego trudno przejść obojętnie.

Mr. Robot – serial, który daje zdecydowanie więcej, niż obiecuje

No bo umówmy się – debiutancki odcinek pierwszego sezonu ani trochę nie zwiastuje fabularnego mindfreaku, jaki rozkręca się później. Z chwilą, gdy po raz pierwszy widzimy na ekranie Eliotta Andersona (w tej roli przeznakomity Rami Malek), skrytego przed okiem widza pod kapturem, nie wiemy tak naprawdę, czego się spodziewać. Wiemy za to już (albo się domyślamy), jaka będzie główna technika narracyjna tej historii.

„Hello, Friend” – to słowa, które inicjują cały serial. Słowa Eliotta Andersona. Jeszcze zanim rozpłaszczymy się wygodnie na kanapie, uzmysławiamy sobie, że te słowa kierowane są do nas. Już od pierwszej chwili widz mimowolnie zostaje wciągnięty do historii. Ba, ma on do odegrania konkretną rolę. Rolę „wymyślonego przyjaciela”. Powiernika każdej tajemnicy, każdego uczucia i każdej refleksji głównego bohatera.

To pierwszy interpretacyjny klucz fabuły Mr. Robota. Jednocześnie pierwsza dysharmonia w skomplikowanym portrecie psychologicznym Eliotta. Jako „wymyśleni przyjaciele” bowiem staniemy się kimś, z kim Eliott rozmawiać będzie najczęściej. To „wygadane” wnętrze świetnie kontrastuje z tym, jaki Eliott Anderson jest wobec innych ludzi. A jaki jest? Cóż, najogólniej mówiąc – mało wylewny.

Wydaje się, że powołanie do życia „wymyślonego przyjaciela” ma jeszcze jedną ważną rolę. To wtedy właśnie po raz pierwszy następuje zatarcie różnic między tym, co rzeczywiste, a tym, co stanowi wyłącznie wytwór imaginacji.

Zatarcie, z którym mierzyć będzie się zarówno Eliott, jak i widz, którego istnienie również podawane w wątpliwość.

Świetnie wykreowany główny bohater

Eliott Anderson to taki autystyczny Narrator (zadziwiające, że nigdy nie dostał imienia) z końcowych scen Fight Clubu. Zadeklarowany przeciwnik konsumpcyjno-facebookowej egzystencji, z jednej strony gardzący nowoczesnym światem, z drugiej – nie do końca zdający sobie sprawę z tego, że ten świat niemal w całości definiuje jego tożsamość.

Eliott jest bowiem hakerem.

Hakerem, który na co dzień pracuje w korporacji zajmującej się (o ironio!) walką z cyberprzestępczością.

mr. robot recenzja serialu

To nie pierwsze i nie ostatnie paradoksy na gruncie osobowości Eliotta. Z tych, o których mogę mówić (nie chciałbym psuć zabawy tym, którzy dopiero mają zamiar obejrzeć Mr. Robota), warta wspomnienia jest chociażby niechęć i niezrozumienie wobec postawie dobrowolnego oddawania się w niewolę mediów społecznościowych przy jednoczesnym uzależnieniu Eliotta od morfiny. Inna rzecz – racjonalnemu i trzeźwemu (przynajmniej na pierwszy rzut oka) spojrzeniu Eliotta Andersona na kondycję świata i człowieka Homo Interneticus przeciwstawiona została… jego paranoja i schizofrenia, przekładające się na utratę kontroli nad własnym życiem.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że demony kontrastujące ze sobą w głowie Eliotta mają wymiar wręcz symboliczny.

Świetnie zagrany główny bohater

Rami Malek jest dla Mr. Robota tym, kim Daniel Radcliffe dla ekranizacji cyklu o Harrym Potterze; niczym Sylvester Stallone dla filmów o Rambo i sympatyczna orka dla Uwolnić orkę. Po prostu w roli Eliotta nie sposób wyobrazić sobie nikogo innego.

mr. robot recenzja serialu

Malek najwyzaczniej w świecie urodził się po to, ażeby zagrać Eliotta Andersona. Tak jak Hodor urodził się po to, by trzymać drzwi. Malek jest trochę jak Mama Muminka, której życiowa rola sprowadza się do bycia maciorą dla hipopotamopodobnego niedojdy. Życiowa Rola Ramiego Malka sprowadza się do zostania Eliottem Andersonem.

Zresztą… wystarczy spojrzeć na te wyłupiaste oczy, nieobecne spojrzenie, na twarz wyrażającą przewlekłe zawieszenie w czasie. Posłuchać beznamiętnego głosu, zaobserwować, z jakim trudem Eliott wypowiada każde słowo, gdy stoi przed wyzwaniem rozmowy z kimś obcym.

W roli Eliotta Andersona Rami Malek jest jak android. Jak robot. Mr. Robot.

mr. robot recenzja serialu

Mr. Robot nie jest serialem hakerskim

Choć właśnie w tę stronę prowadzą pierwsze tropy pozostawione przez wydarzenia fabularne. Zresztą sam motyw hakowania został przedstawiony bardzo wiarygodnie. Nie znajdziecie tutaj wirusów wizualizowanych w infantylne animacje, nie znajdziecie wymyślonych naprędce, mało przekonujących programów i aplikacji do hakowania. W tym aspekcie twórcy postawili na realizm i wiarygodność. Owszem, natrafiłem w sieci na kilka tekstów krytykujących Mr. Robota, że wcale taki wiarygodny nie jest, że nawet początkujący haker mógłby zaśmiać się scenarzystom w twarz i inne pierdololo.

Tak jakby miał być to serial poradnikowy o tym, jak zhakować świat.

Tymczasem Mr. Robot nie jest nawet typowym serialem hakerskim. Wszystkie te motywy hakowania, włamywania się na cudze konta społecznościowe, destabilizacji utartego porządku świata za pośrednictwem komputerów – to tylko punkt wyjścia do opowiedzenia historii o samotności głównego bohatera, ale też o iluzoryczności otaczającej nas rzeczywistości. Pod tym względem Mr. Robot jest trochę jak Black Mirror; wskazuje, że jako ludzkość stworzyliśmy sobie wirtualny świat, w którym do reszty się zatracamy. Świat, który staje się dla nas bliższy od tego namacalnego.


Pssst… kszsz… kszsz… widziałeś już recenzję serialu The 100 na blogu Romana Sidły?


Mr. Robot jest bardzo ostentacyjny we wskazywaniu inspiracji

Tych zaś jest co niemiara. Począwszy od wspominanego już Fight Clubu, przez Matrixa braci (dzisiaj już sióstr) Wachowskich, aż do wyraźnych inspiracji twórczością Davida Lyncha… czy serialu Kojak (lizak agentki FBI Dominique DiPierro). Ten serial to istny koktajl intertekstualny. Smaczków i odniesień jest naprawdę sporo, wystarczy wnikliwie się rozejrzeć.

Twórcy puszczają oczko do widza już na etapie nazw odcinków: eps.1.4_3xpl0its.wmv, eps2.5_h4ndshake.sme, eps1.0_hellofriend.mov… wszystkie odcinki oparte są na tym samym schemacie nazewnictwa. Schemacie, który z jednej strony imituje nazwy plików, z drugiej – przywołuje jakiś hakersko-internetowy socjolekt.

Mała rzecz, a cieszy.

mr. robot recenzja serialu

Ciekawe są również nazwy własne w Mr. Robot. Obok tych istniejących naprawdę (Facebook, BlackBerry, Starbucks, Linux), pojawiają się także wymyślone, o bardzo wymownym charakterze, jak chociażby korporacja E Corp (EVIL Corp), czy organizacja hakerska fsociety (fuck society).

Zresztą już sam tytuł serialu jest zachętą do interpretacji. Mr. Robot czyli pewien podmiot sterowany, nie do końca autonomiczny, wykonujący pewne czynności automatycznie. Nie chciałbym tutaj rozwijać zanadto myśli, z troski o tych, którzy jeszcze nie oglądali. Ale kiedy już zaczniecie, zwróćcie koniecznie uwagę na wymowę tytułu.

Detale, które robią różnicę

Mr. Robot forma każdego kadru jest uzasadniona i niesie ze sobą ładunek znaczeniowy. Gdyby oglądać ten serial z wyciszonym dźwiękiem i wyłączonymi napisami, i tak doświadczylibyśmy hojnej uczty estetycznej. Ale nie ma co tego robić, zwłaszcza w kontekście oprawy dźwiękowej, bo ta również jest znakomita. Dbałość o najmniejsze detale w tym serialu momentami jest aż przesadzona.

Mr. Robot to nie tylko Rami Malek

To cała plejada świetnych aktorów młodszego, nieznanego szerszej widowni pokolenia. Na szczególne wyróżnienie zasługuje m.in. Martin Wallström grający Tyrella Wellicka – postać niejednoznaczną, trudną do zdefiniowania pod kątem osobistych celów, motywów i ambicji. Świetna jest również serialowa żona Tyrella, Joanna Wellick (w tej roli Stephanie Corneliussen) – bezkompromisowa, zmysłowa i bezwzględna „kobieta – samiec alfa”. Trudno nie wspomnieć też o Christianie Slaterze (Złoty Glob za najlepszego serialowego aktora drugoplanowego).

mr. robot recenzja serialu

Generalnie obsada Mr. Robota jest niemalże bezbłędna, a ludzie odpowiedzialni za casting zasługują na osobny wpis, koniecznie w tonie pochwalnym.

I tylko drugi sezon psuje ogólne wrażenie

Jestem wśród zwolenników opinii, że pierwszy sezon Mr. Robota stanowił formę zamkniętą i dla dobra samego serialu, to na nim powinna zakończyć się cała historia Eliotta Andersona i fsociety. Wiadomo jednak – olbrzymi sukces komercyjny nakrywa czapką kwestie artystyczne.

Nie chciałbym powiedzieć, że drugi sezon Mr. Robota jest zły. Bo nie jest. Co nie zmienia faktu, że jest dużo gorszy od pierwszego. Ponieważ większość fabularnych kart została odkrytych, scenarzyści musieli się sporo napracować, by po raz kolejny udało się zaskoczyć spragnionego wrażeń widza. Finał co prawda był potężny, ale prowadzące do niego ścieżki fabularne już nie do końca – przekombinowane, miejscami nazbyt patetyczne, częstokroć zwyczajnie monotonne i usypiające.

mr. robot recenzja serialu

W ogólnym rozrachunku jednak jest to serial fenomenalny. W dziesięciostopniowej skali ocen bez wahania dałbym mu dziewiątkę. I to nawet mimo słabszego drugiego sezonu. No i cóż… z wielkim zaciekawieniem czekam na dalsze losy Eliotta Andersona.

mr. robot recenzja serialu

Share