Dopiero co „ścieraliśmy się” wraz z Kingą na jej blogu Dopieszczamy.pl, a dziś już mamy dla Was rundę rewanżową, tym razem na podwórku u Romana Sidły. Co to za międzypokoleniowe starcie i o co właściwie z nim chodzi? Cóż, przekonacie się sami, klikając na ten link, który poprowadzi Was do pierwszej rundy naszego starcia. Tymczasem rozpoczynamy rewanż!

Wymarzony sprzęt elektroniczny

Roman: Oczywiście komputer stacjonarny. Marzyłem o nim od chwili, gdy będąc u kolegi po raz pierwszy dotknąłem myszy i klawiatury. Ryczałem, krzyczałem, szantażowałem, obiecywałem… a wszystko po to, by wymusić na rodzicach zakup upragnionego peceta. To jednak były jeszcze czasy, kiedy nabycie sprzętu komputerowego wiązało się ze znacznym nadszarpnięciem domowego budżetu. A ponieważ rodziców przez długi czas nie było stać na takie “nadszarpnięcie”, musiałem zadowolić się półśrodkami, na przykład w postaci Commodore 64. Wtedy byłem bardzo tym faktem rozczarowany, dzisiaj wspominam swoją C-64 bardzo ciepło. Czasem nawet przypomnę sobie jakąś grę, mając do dyspozycji emulator.

międzypokoleniowe starcie

Mały Roman jeszcze zanim został dupą z papierosem

Kinga: Mniej więcej w 1989 roku dostałam turkusowy walkman przywieziony z Berlina, ale tak jak wspominałam muzyka nie odgrywała wówczas w moim życiu większej roli, więc dość szybko urządzenie poszło w odstawkę. Mieliśmy też cud techniki w postaci krótkofalówek walk the talk, ale okazało się, że mają rzeczywiście bardzo krótki zasięg i można z nich korzystać co najwyżej w domu.


Pierwsza ważna książka

Kinga: Kiedy wkroczyłam w wiek nastoletni, mama podrzuciła mi książkę „W cztery oczy” Marii Dańkowskiej – to taki PRL-owski poradnik dla dziewcząt, żeby nie zwariowały, kiedy zaczynają im buzować hormony. Ale bardziej zafrapowała mnie książka „Ewa zawsze młoda” Bogusławy Wydmuchowskiej, w której było mnóstwo porad dotyczących pielęgnacji skóry czy włosów. W wieku dziesięciu lat wypróbowałam większość z maseczek, które były tam rekomendowane.

A z tych mądrzejszych – to nieustannie kartkowałam wszystkie możliwe słowniki Władysława Kopalińskiego, m.in. „Słownik mitów i tradycji kultury”, „Słownik wyrazów obcych” oraz „Słownik symboli”. Potem wpisywałam koleżankom do modnych wówczas zeszytów „Złotych myśli” różne łacińskie sentencje.

Międzypokoleniowe starcie

Mały Roman robiący dzióbek jeszcze zanim to było modne

Roman: W tej kwestii powinienem być najbardziej wygadany, a jednak… cóż, moja miłość do literatury zaczęła się stosunkowo późno, czego do dzisiaj bardzo żałuję. Gdybym jednak miał wskazać jakieś konkretne tytuły, na pewno nie mógłbym pominąć opowiadań Hłaski, zwłaszcza „Pierwszego kroku w chmurach”. Również obozowa literatura Borowskiego zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. No i od zawsze fascynował mnie Tuwim, czyli poeta dla ludzi dosłownie w każdym wieku. Pamiętam też, że straszliwie przeraziła mnie WIADOMA SCENA w noweli „Antek” Bolesława Prusa. Miałem wówczas jakieś dziesięć lat i bałem się, że skoro mieszkam na wsi, to podczas jakiegoś durnego przeziębienia przyjdzie jakaś wiejska stara pierdoła i wsadzi mnie do pieca.


Prezent na I Komunię Świętą

Roman: Oprócz gotówki, której oczywiście nigdy nie zobaczyłem na oczy, dostałem między innymi: rower górski (pamiętam, że wtedy każdy chłopiec musiał mieć obowiązkowo „górala z rogami”), aparat fotograficzny i jakieś tam książki i encyklopedie.

Międzypokoleniowe starcie

Dziewięcioletni Roman odgryza księdzu dłoń

Kinga: Dostałam m.in. zegarek elektroniczny z siedmioma melodyjkami. Najbardziej podobał mi się motyw When The Saints Go Marching In i tysiąc złotych, co było na tamte niewielką sumą (to było przed denominacją złotego), ale nie zdawałam sobie z tego sprawy. Pieniądze były do mojej dyspozycji i trzymałam je w schowku drewnianej skrzyni. Sądziłam, że mam tam ukrytą fortunę. Otrzeźwienie przyszło po lekcji wychowawczej, na której pani nauczycielka poprosiła, aby każdy z nas powiedział, jaki otrzymał prezent z okazji I Komunii Świętej. Kiedy powiedziałam, że dostałam dziesięć patoli, cała klasa zaczęła rechotać.


Ulubiona gazeta/magazyn

Kinga: Mama prenumerowała dla mnie „Die ABC-Zeitung” – niemiecką gazetę dla dzieci, bo od najmłodszych lat uczyłam się tego języka, a jako nastolatka czytałam „Filipinkę” – to naprawdę było pismo z klasą.

Roman: „BRAVO Sport”. Infantylność i płytkość tej gazetki dzisiaj mnie przerażają, ale to była gazeta, która obudziła we mnie miłość do piłki nożnej. Każdy numer czytałem od deski do deski, nie omijałem nawet tekstów o podsportach typu skoki narciarskie. Pamiętam, że na każdy numer czekałem w nadziei, że w środku znajdę plakat jakiegoś gracza Manchesteru United. Potem znów miałem fazę, że ze wszystkich numerów „BRAVO Sport” wycinałem teksty o United właśnie i umieszczałem je w specjalnym segregatorze, który do dzisiaj otoczony jest swoistą aurą świętości. Z chwilą rozpoczęcia nauki w gimnazjum zacząłem również prenumerować „Piłkę Nożną”, która stanowiła lekturę znacznie bardziej wymagającą, no ale czego się nie robiło dla kolejnych tekstów do mojego segregatora.


Idol

Kinga: Jasnowłosy Janek z serialu „Czterej pancerni i pies”. Był przesympatyczny i świetnie się prezentował w mundurze! Nie zdawałam sobie wtedy sprawy, że ten serial w dużej mierze zakłamuje historię.

Międzypokoleniowe starcie

Chuck Norris daje okejkę Romanowi

Roman: Moim pierwszym idolem był… Chuck Norris w roli „Strażnika z Teksasu”. Uwielbiałem oglądać ten serial, a Chuck był moim bohaterem. Kiedy bawiłem się z kolegami w “Strażnika z Teksasu”, zawsze byłem Walkerem, a koledzy musieli być moimi czarnoskórymi Trivette’ami. Nawet kiedy miałem już naście lat i gwieździsta odznaka Texas Rangera przestała mi imponować, w gronie rodzinnym wciąż nazywano mnie Walkerem. Moje dziecięce uwielbienie do Chucka Norrisa to dziś jedna z familijnych legend, opowiadanych w niemal każde Boże Narodzenie, każdą Wielkanoc, każde Święto Zmarłych… ech…


Pierwszy prawie samodzielny wyjazd

Kinga: Kiedy miałam dwanaście lat, mama postanowiła rzucić mnie na głęboką wodę i wysłała na pierwsze w moim życiu kolonie. Niestety, wytrzymałam tam tylko trzy dni. Nie rozumiałam idei porannych apeli i gimnastyki. Poza tym było tam zdecydowanie za głośno i za tłoczno.

Międzypokoleniowe starcie

Roman podczas aresztowania przebierańca podającego się za św. Mikołaja

Roman: Miałem jedenaście lat, gdy pojechałem na swoje pierwsze kolonie. Rzecz działa się w Białym Borze, trwała dwa tygodnie i nie pozostawiła w mojej głowie praktycznie żadnych wspomnień, o których mógłbym teraz napisać.


Autorytet

Roman: Całe dzieciństwo mnie i moim rówieśnikom wpajano, że synonimem słowa „autorytet” jest postać Jana Pawła II. I ja prawie w to uwierzyłem. Jednak gdy zyskałem trochę więcej samoświadomości, odkryłem, że absolutnie nic mi w tej postaci nie imponuje (co nie znaczy, że nie darzyłem jej szacunkiem). Jako wierny czytelnik „BRAVO Sportu” szukałem autorytetów wśród piłkarzy i menedżerów, co dzisiaj budzi we mnie trudny do powściągnięcia chichot. Ale tak było. Choć jest jeden autorytet, co do którego nie zmieniłem zdania aż do dzisiaj. Nazywa się sir Alex Ferguson.

Kinga: Zastanowiło mnie to, co mówisz. Dla mnie postać Jana Pawła II była bez wątpienia ważna. Nie przypominam sobie, żeby ktoś mnie lub moich rówieśników szczególnie agitował i przekonywał, że osoba papieża Polaka odegrała w historii świata ważną rolę. Dziś wiele osób ocenia Jana Pawła II przez pryzmat jego konserwatywnych poglądów, ale trzeba pamiętać, że to dzięki niemu świat usłyszał o Polsce, a Polacy zyskali siłę, żeby odmienić swój los.

A czy ja miałam jakiś autorytet? W moim życiu było i jest wiele osób, które podziwiałam, ale dosyć szybko zauważyłam, że każdy guru ma jakieś wady. Jeżeli postawimy jakiegoś człowieka na zbyt wysokim piedestale, możemy się niemiło rozczarować, obserwując jego upadek. Lepiej być więc ostrożnym i zamiast autorytetów mieć nauczycieli – nawet kiepskie życiowe lekcje nas przecież czegoś uczą.


 Sprawdź także, co Roman Sidło sądzi o konkursie Eurowizji.


Międzypokoleniowe starcie: Kinga Frelichowska vs Roman Sidło. Ciąg dalszy nastąpi?