Drogi Pamiętniczku [#6]: Siostry Godlewskie, czyli słówko o tym, jak cycki stały się substytutem talentu

Drogi Pamiętniczku [#6]: Siostry Godlewskie, czyli słówko o tym, jak cycki stały się substytutem talentu

Drogi Pamiętniczku, kreślę do ciebie te kilka słów, będąc złym na siebie, że to robię. Ale nie mogę przejść obojętnie obok osobliwego tworu fauny, jakim niewątpliwie są siostry Godlewskie. Wiem, dzięki takim jak ja ich nazwisko przenoszone jest z ust do ust, a cała ta żenująca saga jeszcze bardziej się przeciąga. Dlaczego zatem podejmuję ten temat? Pewnie dlatego, że niewiele jest zjawisk, które drażnią mnie równie mocno, co desperackie poszukiwanie atencji. Czyli coś, co te wielkouste stworzenia uskuteczniają od dobrych kilku miesięcy. (więcej…)

OczaRomanowania Sidłowe [#1]: maj 2018

OczaRomanowania Sidłowe [#1]: maj 2018

Jeśli myśleliście, że ograniczę się do Romanowych Bulwersideł, to byliście w błędzie. Aby zachować równowagę w przyrodzie i nie stać się stałym bywalcem gabinetów psychiatrycznych, zobowiązałem się poszukiwać pozytywów w swoim życiu. I doceniać je. Dlatego obok wspomnianych już „Bulwersideł” powołuję do życia „OczaRomanowania”, których epizody będą pojawiać się mniej więcej w tym samym czasie. Na pierwszy ogień miesiąc maturzystów, krótkich spódniczek i wszechobecnej rui – maj. (więcej…)

Romanowe Bulwersidła [#1]: maj 2018

Romanowe Bulwersidła [#1]: maj 2018

Świat pełen jest rzeczy, osób, zjawisk, które wkurwiają nas niepomiernie. Dlaczego zatem nie kolekcjonować ich jak tazosów z pokemonami przed laty? Takie pytanie zadałem sobie pewnego dnia, dnia, który nie był ani słoneczny, ani deszczowy, ale wkurwiał mnie swym poniedziałkowym charakterem (i tym, że w radio akurat leciał Feel). I tak oto narodził się pomysł na cykl „Romanowe Bulwersidła”, gdzie – mówiąc najogólniej – dzielić się będę z Wami wszystkim tym, co mniej lub bardziej wkur… zbulwersowało mnie w danym miesiącu. (więcej…)

Drogi Pamiętniczku [#5]: mąż przy porodzie jak syf na brodzie?

Drogi Pamiętniczku [#5]: mąż przy porodzie jak syf na brodzie?

Drogi Pamiętniczku, jeżeli „ojciec” brzmi dumnie, to jak brzmi „mąż przy porodzie”? Tego nie wiem, musiałbym przy nim być. A że życzeniem szanownej Pani Sidłowej było, abym opuścił blok porodowy z chwilą rozpoczęcia fazy parcia, tak też uczyniłem. I wiedz, drogi Pamiętniczku, że choć decyzję jej uszanowałem, bynajmniej nie zamierzałem jej aprobować. Prawdę mówiąc, czułem się trochę sfrustrowany, nie mogąc być świadkiem momentu narodzin Romana Juniora. Kiedy jednak było już po wszystkim, emocje opadły jak majtki Sashy Grey, doszedłem do wniosku, iż szanowna małżonka ma Sidłowa miała rację.

Mąż przy porodzie to potencjalny waginosceptyk

Natura miała zły dzień, planując przebieg porodu u osobników z gatunku homo sapiens. Zły dzień, a przy tym wyjątkowo skrzywiony zmysł estetyczny.

Narodziny dziecka to wydarzenie tak pompatyczne i wyjątkowe, że powinna towarzyszyć mu fizyczna przyjemność, orgazmiczne wręcz uniesienie. Jeżeli jakieś płyny miałyby się sączyć z rodzącej, powinny być nimi najdroższe perfumy. Jeżeli kobieta ma krzyczeć, niech powodem krzyku będzie euforia. Jeżeli dziecko musi przeciskać się przez kanał rodny, należałoby mu przynajmniej rozwinąć czerwony dywan i puścić w tle „we are the champions”.

Tymczasem w oczach faceta poród siłami natury wygląda jak połączenie:

  • uśmiercania prosiaka w rzeźni rodem z horroru;

  • freestyle’owej bitwy z udziałem najgorszych osiedlowych raperów, których szczytem literackiego kunsztu jest „twój” jako rym do „chuj”;

  • literatury Charlesa Bukowskiego, gdzie „kurwy” przewijają się z częstotliwością kolizji rządowych limuzyn;

  • kibicowskiej oprawy, w której nadrzędnym celem dla każdej z jednostek jest darcie ryja najgłośniej, jak się da;

  • wyciskania pasty do zębów.

Trudno więc się dziwić, że wspólny poród bardzo często skutkuje efektami w postaci: depresji, traumy czy „waginosceptyzmu” objawiającego się unikaniem kontaktów intymnych z partnerką.

Facet Przy Porodzie Jak Coach Personalny – Chce Pomóc, A Jedynie Szkodzi

Dzień bez szkalowania coachingu jest dniem straconym. Zacznijmy od postawienia fundamentalnej tezy: facet na porodówce myśli zaprzątnięte ma wyłącznie tym, w jaki sposób mógłby pomóc swej kobicie (no chyba, że akurat kombinuje, jak tu nie zemdleć). I jest to oczywiście myślenie godne pochwały. Praktyka jednak często przynosi odwrotne do zamierzonych skutki, a miast pomóc w sprawnym przebiegu porodu, możesz go wręcz opóźnić.

Co mógłbym dla ciebie zrobić? Boli, kochanie, tak? A jak bardzo? W skali od 1 do 10 jak byś oceniła siłę bólu? 11? Ale wiesz, że cię kocham, prawda? Taka jesteś dzielna i wspaniała.

Tymczasem ona, drogi Pamiętniczku, dostaje kurwicy. Jedyne, czego pragnie, to żebyś zamknął ten dupopodobny otwór, z którego ulewają ci słowa. Twoje zapewnienia o miłości połączone z dotykiem wcale nie przynoszą ukojenia. Wręcz przeciwnie. Nieważne jak dobrze udawałbyś zrelaksowanego i spokojnego. Dla niej jesteś chodzącym hormonem stresu i adrenaliny, a tym samym kolejnym problemem, z którym musi sobie poradzić. Jeśli wierzyć naukowemu bełkotowi, twoja obecność uniemożliwia chociażby wydzielanie oksytocyny, która dla prawidłowego przebiegu porodu jest niezbędna.

Mężczyzna Przy Porodzie Jak Pstrąg W Słonej Wodzie

Innymi słowy, drogi Pamiętniczku, zostajesz rzucony na wodę nie tyle głęboką, co stworzoną nie dla Ciebie. I nie każdy potrafi sobie z tym poradzić. Dlatego ginekolodzy, położnicy, psychiatrzy i inni specjaliści odradzają mężczyznom udział w narodzinach dziecka, zwracając uwagę, że jedynie jakieś 15 procent jest przygotowanych fizycznie i psychicznie na czekające tam obrazy i dźwięki.

A nieprzygotowany facet to bardzo często facet mdlejący, awanturujący się, roszczeniowy, w gruncie rzeczy nieznośny – zarówno dla samej rodzącej, jak również dla opiekującego się nią personelu. Co ciekawe, ginekolog pani Sidłowej podczas jednej z wizyt kontrolnych powiedział jej, że znaczna część cesarskich cięć to wynik olbrzymiej presji nakładanej przez tatusiów, którzy nie mogą znieść przedłużającego się porodu i związanych z nim… ekhm… niedogodności.

Twoje Ego Nie Jest Najważniejsze

Przyznam, że dojście do tego stwierdzenia zajęło mi dłuższą chwilę. No bo jak to, byłem na porodówce, pomagałem jak mogłem, starając się jednocześnie nie narzucać i nie stanowić dodatkowego ciężaru. A tu jak przyszło co do czego, życzeniem Pani Sidłowej wyproszono mnie na korytarz. Nawet pępowiny nie mogłem przeciąć. Trochę zabolało, drogi Pamiętniczku. Naraz poczułem się odrzucony; jak jakiś tatuś wyklęty, ojciec gorszego sortu, jak rozczarowany wyborca Korwina po ogłoszeniu wyników wyborczych.

Potem jednak dotarło do mnie, że poród w gruncie rzeczy przebiegł bardzo sprawnie. Znacznie lepiej niż się spodziewaliśmy. I być może rola podawacza wody, ręcznika i gazu, rola tarczy, w którą celowana jest złość rodzącej, rola cienia – z którą długo się godziłem, ale którą jednak koniec końców zaakceptowałem – nie była taka znów zła.

Wszak to nie o moje dobro szło, ale o dobro Romana Juniora i jego matki. Ja mogę być spokojny, bo byłem, w czym mogłem pomóc – pomogłem; gdybym mógł pomóc bardziej, pomógłbym, bo byłem na to przygotowany. Najważniejszą moją zasługą było jednak to, że byłem tatą przy porodzie, który… nie przeszkadzał. Ani personelowi, ani żonie.

Co powiedzieć dziecku, gdy usłyszy seks sąsiadów zza ściany?

Co powiedzieć dziecku, gdy usłyszy seks sąsiadów zza ściany?

Do stworzenia tego wpisu zainspirował mnie znajomy i jego historia na „faktach autentycznych” oparta, której jednak przytaczać nie zamierzam, nadmienię tylko, że jej tematem był głośny seks sąsiadów zza ściany. Tak czy inaczej zebrało mi się na refleksję, stymulowaną dodatkowo faktem, iż dopiero co awansowałem do roli ojca. Pomyślałem, że miałbym spory orzech do zgryzienia, gdyby syn kiedyś zapytał mnie: „tato, dlaczego pani sąsiadka tak głośno krzyczy”? Dlatego postanowiłem zawczasu się przygotować. Zebrałem 5 wiarygodnych (i wygodnych) odpowiedzi, z których możecie korzystać także i Wy.

1. Uduchowiona Katoliczka Modląca Się W Sposób Równie Żarliwy, Co Ekspresyjny

 

Tę wersję przygotowałem na wypadek, gdyby będąca w uniesieniu sąsiadka wzywała wszystkie osoby Trójcy Świętej po kolei, posiłkując się czasem także Matką Boską. Wtedy należy dziecku wytłumaczyć, że to taki rodzaj modlitwy. Jeśli nie chcemy zapuszczać się zbyt daleko w gąszcz kłamstw, powiedzmy, że to modlitwa dziękczynna. Za kilkusekundowe objawienia tego, jak może być w raju, jeżeli tylko człowiek nań zasłuży. Jeśli natomiast apostrofy do świętych od czasu do czasu przerywane są jękami lub zawodzeniem, wówczas modlitwa przyjmuje charakter błagalny; krzycząca sąsiadka najwyraźniej srogo nagrzeszyła i teraz usiłuje błagać Opatrzność o przebaczenie.

Wersja „modlitewna” ma jednak jeden mankament, który wymaga stałego monitorowania zachowań naszej pociechy.

Dziecko może podzielić się świadectwem „religijnych uniesień” sąsiadów zza ściany w szkole lub przedszkolu. Na przykład na lekcji religii. A wtedy nie tylko ono wyląduje na dywaniku.

seks sąsiadów

2. Sztangistka przygotowująca się do zawodów

Sąsiadka krzyczy, sapie i syczy, a wszystko w akompaniamencie czegoś stukającego i skrzypiącego. Cóż, przecież obiło Ci się o uszy, że kobita przygotowuje się do zawodów o Puchar Zmotoryzowanych Bezdomnych Darczyńców Radia Maryja w wyciskaniu sztangi leżąc. A że w tym roku celuje w kwalifikację olimpijską, trenuje jak najęta. Dniami i nocami. Syczenia, które z siebie wydaje, wynikają wyłącznie z dbałości o prawidłowy oddech podczas ćwiczeń siłowych.

I tak, mógłbyś zapukać do jej drzwi i poprosić, aby trenowała nieco ciszej. Ale kto by chciał zadzierać z kobietą, która wyciska na klatę pierdylion kilogramów?

seks sąsiadów

3. Napa… zapalona kibicka

Oglądanie transmisji sportowych potrafi wyzwolić w człowieku zwierzę. Te wszystkie „ochy” i „achy” dochodzące zza ściany, to nic innego, jak oznaki żywej reakcji na wydarzenia na boisku, korcie, parkiecie, lodowisku czy chuj wie jeszcze gdzie.

Jeżeli werbalna ekspresja jest wzmożona, a piski i wrzaski nabierają na sile to znak, iż sportowa transmisja dotyczyć musi zespołu, z którym sąsiadka związana jest emocjonalnie.

seks sąsiadów

3. Napa… zapalona kibicka

Ta wersja może nieść ze sobą ponadprogramowe korzyści, a seks sąsiadów może stać się wartościową lekcją wychowawczą dla Twojego dziecka. Wystarczy, że właściwie wszystko rozegrasz. Zakładając, że nic nie spieprzysz, wersja z klockami Lego powinna skłonić Twoją pociechę do refleksji nad kondycją wszechświata i sprzątaniem klocków Lego po każdej zakończonej sesji zabawowej.

„Słyszysz, Brajanku, jak Pani sąsiadka krzyczy? Jak stęka i syczy? A wiesz, dlaczego tak jest? Bo jej synek Dżonatan nie posprzątał po sobie klocków Lego. A roztargniona Pani Sąsiadka stanęła na klocek gołą stopą… i kto wie, czy nie będą musieli jej tej stopy amputować! Jeśli chcesz, by Twoi rodzice mieli wszystkie kończyny, idź, proszę, do pokoju i zrób w nim porządek. A kiedy skończysz, możesz wziąć się za zmywanie, prasowanie i remont łazienki. I ani mi się waż szukać wymówek w stylu:  »tato, mam dopiero trzy lata!«”.

seks sąsiadów

5. Ofiara przegranego zakładu, torturowana głosem Elżbiety Jaworowicz

Pani Sąsiadka krzyczy wniebogłosy, jak gdyby ktoś ją torturował? Być może przegrała zakład i w ramach kary musi na trzeźwo obejrzeć cały odcinek „Sprawy dla reportera”? Amerykanie torturowali Afgańczyków Metalliką, coś mi się jednak wydaje, że Elżbieta Jaworowicz byłaby znacznie skuteczniejszym narzędziem tortur.

Jeżeli twoja pociecha zapyta, kim jest Elżbieta Jaworowicz, i co to takiego ta cała „Sprawa dla reportera”, możesz pokusić się o zaprezentowanie mu tegoż obiektywnego, wiarygodnego i profesjonalnego dziennikarsko „TV show”.

UWAGA! Nie biorę odpowiedzialności za wszelkie psychiczne urazy powstałe u dzieci na skutek obcowania z głosem pani Elżbiety.

Czytnik e-booków. Czy warto było zaszaleć tak? Subiektywna opinia 7 lat po zakupie Kindle’a

Czytnik e-booków. Czy warto było zaszaleć tak? Subiektywna opinia 7 lat po zakupie Kindle’a

Kiedy niespełna siedem lat temu podjąłem decyzję o zakupie Kindle’a 3, miałem wiele obaw, rozdmuchanych dodatkowo przez sporą – jak na studencką wówczas kieszeń – cenę takiego urządzenia. Nie pomagał również fakt, iż wszyscy wokół przekonywali, że to kolejny gadżet, którym pobawię się przez kilka dni, a potem rzucę w kąt i zapomnę o jego istnieniu. Tymczasem zakup czytnika e-booków był jedną z najlepszych inwestycji w moim życiu.

Książka vs e-book, czyli spór o nic

Ileż to ja się nasłuchałem o wyższości papieru nad ekranami e-ink, ba, nad jakimikolwiek ekranami w ogóle. W sporze „książka czy e-book” wiele osób zapomina, czym książka właściwie jest. A przecież istotą książki jest jej treść; ciąg znaków uszeregowanych w unikalny sposób. Zatem na tym poziomie e-book nie jest ani gorszy, ani lepszy niż książka papierowa. Jest wobec niej równorzędny.

Zabawnie robi się dalej, gdy do głosu dochodzą fetyszyści książek. Tacy, wiecie, którzy wąchają stronice albo fakturą okładki doprowadzają swoje palce do orgazmu. I owszem, rozumiem – materia to materia, a pragnienie posiadania, tak znamienne dla naszego gatunku, trudno zaspokoić wirtualnym plikiem, który z materią nic wspólnego nie ma. No ale ludzie drodzy… niektórym ten e-book, ten niepozorny plik ważący raptem kilku megabajtów, w zupełności wystarcza.

Czy naprawdę jest się o co spierać?

Zanim skrytykujesz, wypróbuj

W moim środowisku byłem pierwszym, który zaopatrzył się w czytnik e-booków. I pierwszym, który zachęcał do zakupu innych. Schemat zawsze wyglądał podobnie: „no nie wiem, czy to dla mnie, jestem tradycjonalistą, książka to jednak książka, a nie jakieś tam tablety, bzdety, melepety”. A potem ci ludzie jednak sięgali po czytniki i przekonywali się do nich na tyle, że na dłuższą metę nie wyobrażali sobie bez nich obcowania z literaturą.

W czym tkwi sekret czytników?

W prostocie i wygodzie obsługi, to po pierwsze. Po drugie – w ekranach e-ink, które nie męczą wzroku podczas lektury. Trzecim atutem czytników e-booków – możliwe, że najważniejszym – jest ich mobilność. Zabierając Kindle’a na urlop, mamy możliwość zabrania z sobą biblioteki mogącej pomieścić kilkaset tytułów, jeśli nie więcej. W płaskim, lekkim urządzeniu można magazynować opasłe powieści Dostojewskiego czy Sienkiewicza, pełne bibliografie ulubionych autorów fantasy, a nawet durne popierdółki pokroju „Zmierzchu” czy „50 Twarzy Greya”.

Czytnik e-booków. Czy warto kupić?

Jeśli ktoś regularnie czyta, to owszem, warto. Nie będę jednak rekomendować żadnych konkretnych modeli, bo od początku swojej przygody z czytnikami miałem do czynienia wyłącznie z Kindle’em 3. Nawet dziś, siedem lat po jego zakupie, zwyczajnie nie czuję potrzeby wymiany swojego egzemplarza na nowszy model. Mój Kindle ma to do siebie, że się nie starzeje. Cały czas doskonale spełnia funkcje, do których go stworzono – odtwarza pliki z e-bookami, umożliwiając ich wygodną lekturę.