Californication recenzja serialu

Californication: dymanie i walenie, nadrabianie serialowych zaległości

Może to i wstyd, może nie. Tak czy siak na poważnie za Californication zabrałem się dopiero przed kilkoma tygodniami. I jak to zwykle u mnie bywa, stało się to dość przypadkowo – od darmowego ShowMaksa, którego postanowiłem wreszcie jakoś spożytkować. Miało być kontrowersyjnie, miało być obrazoburczo. I było rzeczywiście, choć wspomniane dwa przysłówki ostatecznie zostały zdominowane przez inny – żenująco. Tych, którzy nie oglądali, ostrzegam: będą spoilery.

Od kiedy z ciebie taki świętoszek, panie Sidło?

Pytasz zapewne, Czytelniku drogi, o ową żenadę wspomnianą w leadzie? Zakładasz, że wynika ona z tego, że główny bohater dyma wszystko, co nawinie mu się pod pisiora, a cycki bujają się co odcinek? Zaprawdę powiadam Ci, gdybyś uważniej śledził bloga, wiedziałbyś, że zgorszyć mnie mogłoby już tylko obsadzenie Krystyny Pawłowicz w roli dziewczyny Bonda. Żenada w tym przypadku dotyczy czegoś zupełnie innego. Ale o tym później, w myśl zasady – zjedz ziemniaczki i schabowego, wtedy pomyślimy o deserze.

californication recenzja serialu


Im dalej w las, tym gęściej od papierzaków

Tych, co nie wiedzą, czym są papierzaki, zapraszam na kolana wujka Google. Sprawdziliście? Możemy wracać zatem do recenzji serialu.

Niestety nie będę pierwszym, który rzeknie, iż Californication nie udźwignęło sukcesu świetnego pierwszego sezonu. Ten serial to takie schodzenie po siedmioszczeblowej drabinie, która z miłego domku rozkoszy na drzewie prowadzi nas wprost na zabłocony trawnik (przy tym co najmniej dwa ostatnie szczeble wbite są w ziemię i niczemu nie służą).


Teatr jednego aktora

Pierwsze odcinki odsłaniają przed nami wyrazisty obraz głównego bohatera. Hank Moody, bo tak zwie się ów jegomość, to pisarz cierpiący katusze zawodowego wypalenia. Na gruncie prywatnym również średnio mu idzie: ojcem jest beznadziejnym, a miłość jego życia, Karen, zostawiła go dla nudnego zakolarza z wypchanym po brzegi portfelem. Co jednak rzuca się w oczy najbardziej, to bezbrzeżna chuć Hanka. Ujmując najprościej, jak się da – główny bohater jest hollywoodzkim jebaką, z gatunku tych, którym żadna nie potrafi się oprzeć. Zresztą sam Hank nie należy do nadto asertywnych, jeśli idzie o reakcję na łóżkowe propozycje.

Dyma ile wlezie.

I co wlezie.

californication recenzja serialu

Do tego pije, pali, a i nozdrza nader często uwalone ma koksem. Człowiek-autodestrukcja. Taki przystojny i lepiej ubrany Bukowski, który w niejednej waginie maczał kuśkę i nie raz, i nie dwa popadał z tego powodu w tarapaty. Ku uciesze widzów, ma się rozumieć, bo hulaszczy tryb życia Hanka stanowi punkt wyjścia dla wydarzeń głównej linii fabularnej. I to jest dobre, momentami nawet wręcz świetne. Świetny jest również sam David Duchovny, który za sprawą Californication pozbył się łatki „Spooky’ego” Muldera, zyskując jednocześnie łatkę Hanka Moody’ego. Aktor kradnie show przez wszystkie siedem sezonów. Nawet wtedy, gdy scenarzyści na czele z Tomem Kapinosem zdają się tonąć w wirze absurdu.

No i gdyby nie David Duchovny, pewnie nie dotrwałbym do ostatniego odcinka.


Kto z Was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci pilotem

Kiedy zetknąłem się z Californication, niemal natychmiast zrozumiałem istotę kontrowersji, jakie narosły wokół tego serialu. Bo oto mamy dość osobliwy dyskurs o seksie, stosunkowo świeży w swojej prymitywności i bezpośredniości, gdzie bohaterowie rozmawiają o swojej seksualności z lekkością pogawędek o pogodzie, sam akt seksualny natomiast częstokroć sprowadzany jest do rangi fizjologii.

californication recenzja serialu

Jednocześnie dyskurs ten stanowi swoisty generator hipokryzji na skalę masową. Wydobywa z widzów pragnienia, skrywane gdzieś na dnie oceanu norm społecznych i szeroko pojmowanego konformizmu. Pragnienia, do których oni sami za nic w świecie nie odważyliby się przyznać. Kolejna rzecz – Californication w sposób iście bezceremonialny i przerysowany podejmuje temat problemów związkowych, z którymi zmagamy się na co dzień. Rutyna łóżkowa i emocjonalna, emocjonalny wampiryzm, zdrady, nałogi, finansowe dołki i przepaści, rozstania i powroty.

Brzmi znajomo, prawda?

Zanim więc rzucisz pilotem, Panie Pieniaczu Bezgrzeszny, upewnij się, że celujesz sobie w łeb.

californication recenzja serialu


Choć zamiast rzucać czymkolwiek, możesz po prostu zerknąć na recenzję serialu Peaky Blinders


Co za dużo, to nieznośnie

Żarty z wagin i penisów, obśmiewanie karykaturalnego Charlie’ego Runkle’a, odpały Hanka Moody’ego, łóżkowe dziwactwa kobiet… wszystko to jest zabawne i ma sens, jeśli stanowi wyłącznie tło. Kiedy zaś któreś z wymienionych wyżej elementów zaczynają podchodzić pod fabularną dominantę, wtedy robi się żałośnie. Jak żałośnie? Ano tak na przykład, jak podczas oglądania skeczów kabaretu Koń Polski na imieninach wujka Mietka. Czyli bardzo.

I taką też żałością obrosło Californication. Przyszedł moment, nawet nie pamiętam kiedy dokładnie, w którym to scenarzyści zaczęli tracić równowagę między komizmem i dramatyzmem. W imię tego pierwszego bohaterowie serialu zaczęli zachowywać się w sposób irracjonalny i kretyński. Charlie Wrankle dostał klienta geja i sam geja udawał, w zasadzie po to tylko, by twórcy mogli zaserwować nam ARCYPRZEŚMIESZNE scenki, w których łysy agent miał tę swoją gejowatość udowadniać. Zupełnie jakby chłop przebrał się za babę i nazwał ten performance skeczem; normalnie koń polski by się uśmiał. Hank Moody z kolei zaczął srać na samochody, dymać córki i ich matki. Żeby było jeszcze zabawniej, z fabularnego niebytu wyłonił się niespodziewanie jego syn, o którego istnieniu pisarz nie miał pojęcia. Syn ów, młodzieniec z twarzą pięćdziesięciolatka – uwaga, teraz będzie ARCYPRZEŚMIESZNIE – okazał się niezrównoważonym psychicznie prawiczkiem, któremu nadmiar spermy wylewa się uszami.

californication recenzja serialu

Równie smrodliwie zrobiło się po dramaturgicznej stronie mocy. Becca, która do tej pory stanowiła kontrast dla rodzicielskiej impotencji Hanka i Karen, przeobraziła się nagle w Hanka w wersji żeńskiej. Karen zaczęła być nieznośnie irytująca, jej głównym zadaniem fabularnym stało się przyłapywanie Hanka w niedwuznacznych sytuacjach. Sam Hank Moody zaś w ostatnim sezonie Californication w kilka odcinków próbuje naprostować wszystko to, co spierdolił przez sezonów sześć. Do tego scenarzyści ofiarowują mu nową rodzinkę, Julię i Levona. Dodajmy do tego wszystkiego Charlie’ego i Marcy, ich wątek nawiązujący do Niemoralnej propozycji i…

…spotyka nas gargatuiczna ulga, kiedy serial wreszcie się kończy.


Czy warto poznać perypetie Hanka Moody’ego?

Warto. Nawet pomimo żenady, o której wspomniałem we wstępie, mimo wielu nieścisłości i skrótów, na które trzeba przymykać oko. W gruncie rzeczy Californication zbiegło się z oczekiwaniami, jakie miałem względem tegoż serialu jeszcze przed obejrzeniem pierwszego odcinka. Californication bawi, irytuje, czasem też zmusza do refleksji. Nie znajdziecie tu patosu (no, może pomijając samo zakończenie), znajdziecie za to dobre dialogi, dużo cycków, świetnego Davida Duchovny’ego, multum nawiązań do popkultury, Marylina Mansona w roli Marylina Mansona…

californication recenzja serialu

I choć Hank zszedł ze sceny w średnim dość stylu, myślę, że warto poznać jego serialowe losy, choćby dla pierwszych dwóch, trzech sezonów, które pozostawiły po sobie dobre wrażenie. Przynajmniej dla mnie. Jeśli masz inne zdanie, drogi Czytelniku, albo zwyczajnie chcesz polizać mnie po jajkach, pisz w komentarzach!californication recenzja serialu

PS. God hates us all.

Share