Zmierzch recenzja książki

Zmierzch, czyli literacka rzeżączka, którą zaraził się cały świat

Niniejszy tekst, pisany wespół z moim dobrym kolegą Rafałem Samborskim, został opublikowany w czasopiśmie studenckim Palimpsest. Pisane na nowo (tutaj znajdziecie wszystkie numery), gdzie prowadziliśmy rubrykę pt. „Dwóch złośliwych tetryków”. Naszym zadaniem było branie na warsztat światowych (śmieciowych, naszym zdaniem) bestsellerów i znęcanie się nad nimi podczas tekstowych pogawędek. Na pierwszy ogień przeczytaliśmy i zrecenzowaliśmy Zmierzch Stephanie Meyer.

Zmierzch literatury (i wiary w czytelnika)

Rafał: Zacznę z grubej rury: gdy przeczytałem pierwsze rozdziały Zmierzchu, natychmiast pomyślałem, że niepotrzebnie wyrzuciłem wszystkie swoje opowiadania z podstawówki. I powiem nawet więcej: gdy już skończyłem czytać powieść, tym bardziej utwierdziłem się w tym zdaniu.

Roman: Cóż, zanim wbijemy naszemu wampirowi kołek w pierś, trzeba się upewnić, czy aby na pewno na to zasługuje. Proponuję zacząć od formalności. Podstawowe pytanie: o czym jest Zmierzch?

Rafał: Debiutancka powieść Stephanie Meyer opowiada historię Belli (nie próbujcie mówić do niej Isabella!) Swan, która po kilku latach wielkomiejskiej radości z matką i ojczymem jest zmuszona zamieszkać gdzieś na końcu świata z ojcem. W Forks (bo tak nazywa się zadupie) Bella poznaje Edwarda. Chłopak jest enigmatycznym i nie do końca zrównoważonym emocjonalnie – jak się okazuje po pewnym czasie – wampirem. Oboje zakochują się w sobie: Edward w Belli, bo ta ładnie pachnie, a Bella w Edwardzie, bo ten nie ma w sobie cienia skazy. I tu powstaje pierwszy zgrzyt…

Zmierzch, czyli powieść, w której zgrzyt goni zgrzyt

Roman: …a zgrzytów w Zmierzchu nie brakuje. Pierwszy i najważniejszy – postaci nie są wiarygodne. Ani trochę. To przebierańcy, mało zabawne kukły posługujące się językiem żywcem wyjętym z programów typu Dlaczego Ja?. Weźmy takich licealistów z Forks. Mają po siedemnaście lat, niemal każdy podjeżdża pod szkołę swoją gablotą, a mimo to umysłowo wciąż tkwią gdzieś pomiędzy Teletubisiami a Ulicą Sezamkową. Mało tego, Stephanie Meyer uczyniła z nich aseksualne zombie. Z SIEDEMNASTOLATKÓW (sic!). Bo czy typowi siedemnastolatkowie podczas mieszanego płciowo wypadu nad morze zachowują się jak uczestnicy spotkania oazowego? Muszynianka przy ognisku, covery Arki Noego, rączki na kołderce? Według pani Meyer – najwyraźniej tak. Żeby chociaż jakieś powściągliwe buzi w policzek, w czółko chociażby… NIC. Jeno czcze gadki między przekwitającymi nastolatkami i ich wykastrowanymi kolegami z klasy. No litości…

Rafał: Zanotowałem sobie kilka zdań z powieści i znalazłem coś, co idealnie obrazuje sytuację patową, z jaką się zderzamy, czytając tę książkę. „Jestem zupełnie nijaka i przeciętna”, mówi o sobie w pewnym momencie Bella. Oczywiście Edward próbuje jej uświadomić, że jest inaczej, ale czytelnik podziela punkt widzenia głównej bohaterki. Niestety. Myślę, że niewyrazistość postaci drugoplanowych można by było jeszcze wybaczyć. Ale co, jeżeli postać, na której opierać ma się cała książka (bo trzeba tu przypomnieć – Zmierzch operuje narracją pierwszoosobową) jest pustą kartą? Jeżeli pozbawiona jest jakiejkolwiek przeszłości, bo przecież nie miała wcześniej żadnych znajomych, żadnych doświadczeń, chłopaka, nic w życiu nie robiła oprócz mieszkania ze swoją matką? Co jeżeli osoba, która jest centralna dla tego całego zarysu intrygi nie ma choćby cienia charakteru?

Kontynuując Twoją myśl o umysłowym upośledzeniu, Bella okazuje się strasznym – jak to określają Amerykanie – retardem. Bez komentarza pozostawiam fragment, w którym dziewczyna zastanawia się, czy Edward odsunął się od niej dlatego, że śmierdzą jej włosy.

Zmierzch recenzja książki

Zjedz mnie, Edwardzie!

Roman: Swoją drogą, to musi być strasznie frustrujące dla Belli, kiedy nie wie, czy jej chłopak zamierza ją przelecieć czy obedrzeć ze skóry i wszamać. Zwłaszcza, że przez całą powieść znacznie bliżej mu do opcji numer dwa. Co się tyczy Edwarda, moim zdaniem jest on największą pomyłką tej książki. Tak naprawdę ani to człowiek, ani wampir. To nawet nie postać literacka, a jej niewyraźny zarys; zarys, którego autorka nie skonkretyzowała, mimo że był to jej zasrany obowiązek. Edward jest bliżej nieokreślonym bytem, ulepionym z gliny abstrakcyjnych pojęć.

„Był tak piękny, że zaniemówiłam z wrażenia (…)” – mówi na jego temat Bella, ja zaś zastanawiam się, co konkretnego przemawia za tym pięknem. No nic, czytam dalej: „(…) przypomniałam sobie, jak idealne ma rysy twarzy”. Kolejna porcja pustych kalorii. Ale to nie koniec: „Zaufaj mi – poprosił swoim zniewalającym głosem”, „cudowna, piękna twarz mrocznego anioła”, „Co za facet! Intrygujący, błyskotliwy, przystojny, tajemniczy(…)”, „Trudno było uwierzyć, że ktoś tak piękny istnieje naprawdę”, „Tylko dzięki wyjątkowej urodzie twarzy Edwarda byłam w stanie oderwać wzrok od jego umięśnionego ciała”, „W Edwardzie już nic nie dałoby się udoskonalić”, „przypominał wspaniały posąg o idealnych proporcjach”, „(…)idealny wykrój jego ust”, „Anielski głos pieścił moje uszy”, „(…)porażający urodą niczym młody bóg”. I pomyśleć, że to coś sprzedało się w milionach egzemplarzy…

Zmierzch recenzja książki

Pokochaj wampirzego stalkera

Rafał: Do tego Edward jest notorycznym stalkerem, a Bella uważa, że to romantyczne. Serio?! A co do zarysu postaci naszego kochanego wampira – chciałbym myśleć, że autorka chciała, by każdy czytelnik w taki sposób skonkretyzował sobie już we własnej głowie obraz Edwarda. I że to było celowe, naprawdę. Ale opisy innych osób utwierdzają mnie w przekonaniu, że to zwyczajny brak umiejętności pisarskich. Bo co to znaczy, że ktoś ma „elfią twarz”? Uszy mu odstają? Może w rzeczywistości Stephanie Meyer jest mistrzynią intertekstualności i mam przeczytać całego Władcę Pierścieni by się dowiedzieć?

Trudno ukryć, że Zmierzch to książka pisana przez osobę, od której bije wręcz brakiem doświadczenia, nieznajomością zasad tworzenia fabuły oraz budowy postaci. Dziury fabularne są tu normą. Jasne jest, że między Bellą i jej ojcem bliskich relacji nigdy nie było, ale jak wytłumaczyć to, że ta ucieka z Forks, krzyczy, że nienawidzi tego zadupia, a ojciec po prostu stoi w drzwiach i później nawet nie stara się z nią skontaktować? Mamy też klasyczne – jak to się mówi profesjonalnie – cliche. Największy badass zamiast wziąć się od razu za zgładzenie głównej bohaterki, woli wygłaszać mowy, jarać się chwilą. Skoro wampir jest drapieżnikiem to wyobrażasz sobie, że kot łapie mysz, głaska ją, mówi jak to nienawidzi dziury, w której mieszkała, pokazuje jej dokładnie jak ją zwabił, po czym dopiero zabiera się za czyn? Zresztą antagonista w tej powieści to też kolejne nieporozumienie.

Fatalnie napisane postaci

Roman: Wspomniałeś o „elfiej twarzy” i zaraz przypomniał mi się „charakter golden retrievera” w odniesieniu do Mike’a, jednego z adoratorów Belli. Cóż, sam posiadam psa tej rasy, więc mogę powiedzieć co nieco na temat samego Mike’a, który najpewniej: a) wskakuje na wszystkich ludzi, łącznie z potencjalnymi złodziejami; b) szczeka tylko wtedy, gdy czegoś żąda; c) momentami sprawia wrażenie opóźnionego w rozwoju; d) nikogo nie ugryzie, ale swoją psią miłością może pogruchotać kości; e) nader często kładzie się na grzbiecie, eksponując to i owo. Ach, ten Mike… bardziej zwierzęcy niż wszystkie wampiry razem wzięte.

Rafał: Tak przeglądam jeszcze swoje notatki i znalazłem coś, co idealnie w ogóle obrazuje nieumiejętność uchwycenia postaci. Bella, pytana przez Edwarda o błahe rzeczy, głównie o to, co jej się podoba, odpowiada najróżniej. Rozmowa trąci niesamowitym banałem i wydaje się jakby nasz wampir przez ponad sto lat życia nie nauczył się wciąż rozmawiać z kobietą. Ale nawet nie o to chodzi – bardziej mowa o tym, że główna bohaterka w trakcie odpowiadania myśli tymi słowami: „Największy problem sprawiało mi wytłumaczenie, dlaczego to wszystko wydawało mi się takie piękne”. Stąd pewnie mamy wszystkie piękna i ideały odmieniane w najróżniejszych konfiguracjach, ale bez żadnego konkretu. Autorka nie pomyślała chyba, że książka by tego wymagała.

A co wiemy o zewnętrznych cecha Edwarda, oprócz tej armii banałów, o których wspominałeś? Zasadniczo dwie rzeczy: ma kasztanowe włosy, a jego oczy zmieniają swoją barwę zależnie od głodu. Równie dobrze Edward mógłby więc wyglądać, jak młody Nicolas Cage z kasztanowymi włosami, bo przecież autorka nic więcej nie wspomina. A są osoby, dla których Mikołaj Klatka jest ucieleśnieniem ideału. Pstryczek w nos dla Stephanie Meyer.

Zmierzch recenzja książki

Powiedzieć, że Zmierzch to słaba powieść, to nic nie powiedzieć

Roman: Pstryczek, owszem, ale tylko dlatego, że jest kobietą. Za tak napisaną powieść trzeba lać po pysku i patrzeć, czy równo puchnie. To nie miało prawa przejść przez wydawnictwo bez drobiazgowej korekty. A mimo to przeszło, ba, zostało wydane, sprzedało się jak świeże bułeczki, a potem jeszcze urosło do rozmiaru pięciotomowego cyklu, który ku uciesze milionów fanów został zekranizowany. Rafał, czy my jesteśmy jacyś dziwni?

Rafał: To wyjątkowo komfortowe myślenie. Zmierzch to prosta książka, niezmuszająca w żaden sposób czytelnika do wysiłku intelektualnego. Nikt nie ewoluuje, nic się nie zmienia, coś tam się dzieje, ale wszystko z flegmą angielskiego herbaciarza. Z litości pomijam polskie tłumaczenie, w którym pojawiają się takie kwiatki, jak „przysłowiowa jajecznica”. Zwyczajnie wierzę, że za ścianą była wtedy Ala Janosz, ale nawet ona nie chciała uczestniczyć w gniocie, jakim jest ta powieść. Jednak nie bądźmy takimi tetrykami, bo Zmierzch musi mieć jakieś pozytywne strony, prawda?

Zmierzch recenzja książki

Roman: Zgadza się. Jedną w wielkich zasług Zmierzchu jest pokazanie wszystkim, że marzenia się spełniają. Przesłanie wydaje się oczywiste: możesz zostać poczytnym pisarzem, nawet jeśli pisać nie potrafisz. Wystarczy trochę szczęścia, amerykańskie obywatelstwo, szerokie zaplecze marketingowców i sukces murowany.

PS. W kolejnym odcinku recenzja powieści 50 twarzy Greya E.L. James.

Roman Sidło

Share