Wiem co zrobiłaś recenzja

Witaj w domu, kochanie. Wiem, co zrobiłaś. Czytamy Annę Zacharzewską

Lubię, kiedy kobieta… tfu, przerwa, wróć. Lubię, kiedy literatura… jest kobietą. Kiedy przemawia do Ciebie wszystkimi tymi PMS-ami. Kiedy raz oblewa Ci mózg potokiem słów, a innym razem żąda, byś domyślił się, o co właściwie jej chodzi. Lubię, kiedy ciąg znaków na stronicach tworzy irracjonalną iluzję woni perfum i lakieru do paznokci. I taka właśnie jest proza Anny Zacharzewskiej – kobieca i zmysłowa, nawet pomimo faktu, że w swoich dwóch ostatnich powieściach (Witaj w domu, kochanie! oraz Wiem, co zrobiłaś) autorka podejmuje tematykę, która ścisnęłaby za jądra niejednego samca alfa. 

Stalker to coś więcej niż wytwór imaginacji braci Strugackich

Stalker to taki spersonifikowany nowotwór – złośliwy, uciążliwy, w naszym kraju do niedawna prawie że niemożliwy do usunięcia. Nowotwór, który społeczne przerzuty zaczął dawać w czasach stosunkowo nieodległych, bo dopiero technologiczny rozwój i cywilizacyjna furtka do mediów społecznościowych stworzyły prawdziwie żyzny grunt pod jego rozwój.

Stalker to trujący koktajl ze strachu, osaczenia i poczucia bezradności. Gorzki napój, który każdego dnia spływa do gardeł wielu osób na świecie. Koktajl, którego miał (nie)przyjemność posmakować John Lennon, koktajl, którego posmakowała sama autorka. Bazą fabularną bowiem – zwłaszcza w przypadku Witaj w domu, kochanie! – są wydarzenia rzeczywiste, jak przyznała Zacharzewska w jednym z wywiadów: w niewielkim tylko stopniu udramatyzowane.

W niniejszym tekście pozwalam sobie na traktowanie obu powieści jak jednego organizmu. Bo choć bardzo różne, Witaj w domu, kochanie! i Wiem, co zrobiłaś są trochę jak Karol Krawczyk i Tadeusz Norek – dobre solo, wyśmienite w duecie.

Kto wie, czy za rogiem… nie stoi stalker z drągiem…

Kuracja obiema powieściami była krótka i intensywna. Trwała ledwie trzy dni. Dość trudno było do niej przywyknąć, bo pierwsze stronice odebrałem jako zbyt siermiężne narracyjnie, uginające się pod ciężarem zdań wielokrotnie złożonych. Ale jeszcze trudniejsze było wyjście z niej. Bo kiedy już rozgościłem się w świecie przedstawionym Witaj w domu, kochanie!, moje gałki oczne pracowały jak wahadełko hipnotyzera i tylko senność związana z późną porą była w stanie je unieruchomić.

Historia z pozoru jest banalna. Oto główna bohaterka, Anna Zacharzewska (tak, tak, ja też byłem zdziwiony), przeprowadza się do luksusowego domu gdzieś pod Warszawą. Ona i kot Stefan (moja ulubiona postać męska). Przeprowadzka jest czymś w rodzaju zwieńczenia dotychczasowych sukcesów zawodowych Anny. Nowym etapem w życiu. Ale sielankowość związana ze zmianą miejsca zamieszkania szybko przeradza się w niepokój. W ogrodzie ktoś bowiem zostawił balony opatrzone napisem: „witaj w domu, kochanie”. A to ledwie początek, bo śladów obecności nieproszonego gościa jest więcej. I ciągle pojawiają się świeże.

Krok po kroku intruz coraz bardziej zatruwa życie Anny. Pytanie: kim jest i do czego jest w stanie się posunąć?

Problemy natury gatunkowej

W wywiadach Anna Zacharzewska wspomina o tym, że jej powieści trafiały (i trafiają) na najróżniejsze księgarniane półki. W głównej mierze dzieje się tak za sprawą dość specyficznych okładek i tytułów, które rzeczywiście mogą sugerować inną przynależność gatunkową od tej zaplanowanej przez autorkę. Niemniej na płaszczyźnie tekstowej rzecz też nie jest tak oczywista, jak mogłoby się zdawać. W kontekście Witaj w domu, kochanie! Wiem, co zrobiłaś najczęściej pojawiającym się określeniem jest thriller psychologiczny. I o ile w przypadku drugiej części trudno z tym polemizować, tak z Witaj w domu, kochanie! mam pewien problem (nie mylić z zarzutem).

Polega on na tym, że bardziej od wątku „thrillerowego” pochłonął mnie… mhm… wątek obyczajowy. Motyw stalkingu odebrałem nie tyle jako dominantę powieściową, co punkt wyjścia do ukazania skomplikowanych relacji międzyludzkich. Bo postać powieściowego stalkera niejako łączy i dzieli; jego pojawienie się miesza w kotle towarzyskim głównej bohaterki, powodując wrzenie, reorganizujące dotychczasowe relacje Anny z otoczeniem. Może to zabrzmi dość głupio, może nadinterpretuję, ale odniosłem dziwne wrażenie, że było w tym coś oczyszczającego. Coś, co pozwoliło oddzielić ziarno od plew i ustalić nową hierarchię w kontaktach Anny z kręgiem najbliższych znajomych.

Ale mniejsza o to.

Zacharzewska wrzuca piąty bieg

Kiedy przeszedłem do lektury Wiem, co zrobiłaś, czułem się trochę tak, jakbym wsiadał do znanego mi samochodu, w którym karoseria wciąż jest ta sama, ale ktoś tak podrasował silnik, że jadę, jadę, jadę i w krótkich przebłyskach świadomości zastanawiam się, na którym drzewie za chwilę wyląduję. Do ostatniej strony czułem ten perwersyjny niepokój, jaki odczuwa się podczas lektury dobrych thrillerów. Było tutaj wszystko to, co tygryski lubią najbardziej: zwroty akcji, krew, przemoc, zagadkowość, podpalenia, przebite opony…

Przez moment pomyślałem: kuźwa, czy to na pewno jest kontynuacja tej samej historii? A potem doszedłem do wniosku, że tak po prostu miało być, a obie części paradoksalnie świetnie się uzupełniają, mimo litanii dzielących je różnic.

A tu jeszcze autorka zapowiada, że trzecia część będzie najmocniejsza z wszystkich… no, no…

To jeszcze opowiadanie, czy już malowanie obrazów?

Powiedzieć, że język narracji w obu powieściach jest plastyczny, to tak, jakby stwierdzić: Pulp Fiction to dobry film. W obu przypadkach mówimy o kolosalnym niedopowiedzeniu.

Zacharzewska zamęcza czasem tą plastycznością, stawiając styl ponad dynamicznością tekstu. Ale trzeba przyznać, że to efekciarstwo jest miłe dla oka i dla ducha. Poza tym pióro autorki nie trzęsie się od nazywania rzeczy po imieniu, co osobiście bardzo cenię, i co widać szczególnie najwyraźniej w przypadku scen łóżkowych. Precyzja językowa jest niewątpliwie olbrzymim atutem pisarstwa Anny Zacharzewskiej.

Żeby jednak nie było zbyt kolorowo, muszę przyznać, że w całościowym obrazie powieści brakowało mi bardzo „polskości” (jakkolwiek głupio to brzmi). Moim zdaniem tło powieściowego malowidła jest aż nazbyt uniwersalne. Powiem inaczej: gdyby Annę zamienić na Anabel, Martę na Jessicę, a Marka na Davida, nie zrobiłoby mi to żadnej różnicy w odbiorze. Podobnie rzecz ma się z lokalizacjami, w których rozgrywa się akcja powieści. Brak im nieco swojskiego „polskiego” kontekstu, tej namiastkowej stereotypizacji, która mogłaby tło wydarzeń w jakiś tam sposób uwiarygodnić.

„Znawczyni kobiecej psychiki” z facetami radzi sobie trochę gorzej

Postaci kobiece odwzorowane są wręcz zjawiskowo. Od głównej bohaterki, przez jej przyjaciółkę Martę (w zasadzie główną bohaterkę drugiego tomu), aż po babcię Marty. I jeżeli czytam o autorce, że jest „znawczynią kobiecej psychiki”, to jako dowód tego w zupełności wystarcza mi jej twórczość. Nieco gorzej wygląda to w przypadku postaci męskich. Te są do bólu przerysowane (powiedział znawca psychiki męskiej). Szkaradna aparycja Kempy idzie w parze ze szkaradnością jego usposobienia i w jego przypadku praktycznie nie ma żadnego pola do refleksji i empatii. Z drugiej strony gdzieś tam przewija się kolega gej, który zachowuje się jak stereotypowy homoseksualista z amerykańskich produkcji filmowych. Mamy także stado Adonisów, samców alfa, którym testosteron prawie że wylewa się przez uszy.

Dlatego, jak już wcześniej wspomniałem, moją ulubioną postacią męską pozostanie kot Stefan.

Zagrajmy w grę, czytelniku

Prawdziwym smaczkiem obu powieści jest gra, do której Zacharzewska zaprasza czytelników. Gra nierówna, bo oto mamy wszechwiedzącą autorkę i gównowiedzącego czytelnika. Niejednokrotnie łapałem się na tym, że zaangażowany w fabułę wpadałem w większą paranoję niż powieściowa Anna czy Marta. Myślałem: „może zwyrol stoi gdzieś za ścianą, trzyma w rękach donicę, którą zaraz rozbije jej na głowie”. A potem się okazywało, że zwyrol tylko stał i podglądał. Tyle mu wystarczyło. „Może lepiej by było, gdyby przypieprzył jej tą doniczką” – przeszło mi przez myśl. „Przynajmniej wyszło by na jaw, jakie ma zamiary”.

Tak, właśnie tak prostackie refleksje towarzyszyły mi podczas lektury.

Zacharzewska doskonale potrafi grać na emocjach. W pełni wykorzystuje fabularny potencjał drzemiący w motywie prześladowcy. Bo niepokój czytelnika wcale nie musi być generowany przez sztylety wbijane w wątrobę, martwe noworodki w beczkach czy wieści o nieplanowej ciąży. Czasem wystarczy świadomość, że ktoś raz rozbił na pozór bezpieczną bańkę naszego azylu. Bo skoro raz mu się udało, skoro czuł się na tyle bezkarny, że bezczelnie szwendał się po naszych pokojach… to czemu nie miałby spróbować raz jeszcze?

Co bardziej wrażliwy czytelnik z pewnością przerzuci te wszystkie emocje przez filtr osobistej empatii. Zapewniam – nie będzie to miłe przeżycie.

Społeczny wydźwięk

Myślę, że Witaj w domu, kochanie! i Wiem, co zrobiłaś to znakomity punkt wyjścia dla szerszej dyskusji na temat problemu uporczywego nękania. Odnoszę wrażenie, że w Polsce temat stalkingu wciąż traktuje się po macoszemu. I choć prawo zaczęło wreszcie dostrzegać problem i – nieśmiało, bo nieśmiało – grozić palcem w stronę stalkerów, wciąż wiele jest w tej kwestii do zrobienia. A nic tak nie prowokuje do społecznej dyskusji, jak historia.

Dobrze opowiedziana historia.

Słówko na koniec

Zanim zagłębiłem się w twórczość Anny Zacharzewskiej, miałem okazję wymienić z nią kilka zdań, niekoniecznie na tematy literackie. Czekając na książkową przesyłkę (za którą serdecznie autorce dziękuję), myślałem: „a co jeśli będzie to grafomania nie do strawienia? Jak w takim przypadku znajdę kompromis między czystością własnego sumienia, a nicią sympatii wobec autorki”? Dziś na szczęście mogę odetchnąć z ulgą, bo nie muszę bajerować ani w jedną, ani w drugą stronę. Te powieści zwyczajnie bronią się same. Zacharzewska kupiła mnie nimi i z pewnością pobiegnę do księgarni, kiedy ukaże się kontynuacja (albo będę żebrać o egzemplarz recenzencki). A ta zapowiadana jest już na przyszły rok.

Jeśli kiedyś powstanie coś takiego jak atest Romana Sidły, to te dwie powieści z pewnością go dostaną. Z czystym sumieniem polecam!

Roman Sidło

Share
  • Kiedy czytam o analizowaniu literatury kobiecej, od razu przypominam sobie zajęcia z literatury na Gender Stadies i te wszystkie pejoratywne określenia stosowane przez patriarchalnych teoretyków literatury – jak „metafora menstruacyjna”, czy pisanie jak snucie pajęczej nitki. Ale widzę, że tu interpretacja bliska i światopoglądowo, bo jak wiadomo literatura to kobieta 🙂

    • Roman Sidło

      Wiem o czym mówisz, bo miałem na studiach zajęcia z teorii literatury 😛

      Na szczęście u mnie pejoratywnych określeń nie znajdziesz 🙂

      Ja po prostu lubię, kiedy kobieca literatura jest kobieca. I nigdy nie uważałem, aby ta kobiecość stawiała ją powyżej/poniżej literatury pisanej przez facetów.

  • Zajrzałam, przeczytałam… i chyba zostanę na dłużej 😉

    • Roman Sidło

      Chyba? :p

  • Ewelina K

    Niesamowicie piszesz, wstęp mnie uwiódł. Zrobiłam kawę, usiadłam wygodnie przy laptopie i z wielką przyjemnością przeczytałam post do ostatniej kropki.

    • Roman Sidło

      Jeśli masz więcej kawy, to zapraszam częściej 🙂

  • Kamil Radlak

    Podoba mi się to jak podchodzisz do tematu, jak go opisujesz. Będę częstym gościem, bo ostatnio mimo braku czasu chcę zabrać się za czytanie, całkowicie nie związane z moją pracą. A czuję, że znajdę kilka dobrych podpowiedzi na Twojej stronie.

  • Mała

    Chyba czas poszerzyć swoją biblioteczkę o kolejną pozycję… 🙂 fantastycznie piszesz,z wielką chęcią będę poczytywała Twoje wpisy 🙂

    Pozdrawiam Karola-Śmieszkowo

    • Roman Sidło

      Dziękuję, choć nie jestem do końca przekonany, czy te komplementy to zasłużenie.

  • brzmi ciekawie;)

  • KrasnaLove Myśli

    Przeczytam koniecznie 🙂 Rozbawiło mnie porównanie obu pozycji do Norka i Krawczyka, aż się uśmiałam 😀

  • Z chęcią sięgnę po obie te pozycje, bo szukam czegoś ciekawego do czytania 🙂 A recenzja jest MEGA, dawno nie czytałam takiej, która by mnie nie znudziła po pięciu zdaniach 🙂

    • Roman Sidło

      Pewnie dlatego, że czytasz niewłaściwe ;P

      zapraszam częściej 😉

  • Anu lka

    brzmi zachęcająco,btw mój kot także ma na imię Stefan 😉

  • Chapeau bas, autorze, kłaniam się w pas! Tak dobrej recenzji nie czytałem już dawno. I pomyśleć, że wpadłem tu zupełnie przypadkowo. Adres strony leci do specjalnej blogowej zakładki, będę wpadać częściej 🙂

    • Roman Sidło

      Dzięki wielkie 🙂

      No i zapraszam po więcej 🙂

  • Aż mi smaka narobiłeś, a tak sobie kliknęłam od czapy 🙂

  • nie znałam tej autorki ani Twojego bloga, ale dzięki za możliwość poznania 🙂

    • Roman Sidło

      Autorka pewnie dziękuje w swoim imieniu, ja podziękuję w swoim. I zapraszam częściej.

  • Oj zaciekawiły mnie te książki. Nie znam autorki, ale recenzja mówi mi, że jej powieści wpisują się w mój gust literacki:) A co do męskich kocich bohaterów, z doświadczenia wiem, że w wielu powieściach „kradną” uwagę czytelnika i podbijają jego serce 😉

  • Oj, wciągnęła mnie Twoja recenzja bardzo! Świetnie napisane. Idę szukać tych książek 🙂

  • KSIĄŻKOHOLICZKA BLOG

    Super recenzja:) lubię takie zaskakujące powieści – może sięgnę, jak starczy czasu.

  • KusZaca propozycja. DZieki za recenzje

  • Bardzo ciekawa recenzja 🙂

  • Patrycja Czubak

    Czy fabuła obu książek jest związana z samą autorką i jej życiem. Czy to tylko zbieg okoliczności, że główna bohaterka tak samo się nazywa?

    • Roman Sidło

      Żaden zbieg okoliczności 🙂 zresztą wspominałem o tym w recenzji.

      • Patrycja Czubak

        Rzeczywiście wybacz, umknęło mi to za pierwszym razem. Tym bardziej ciekawa historia, warta przeczytania

  • W taki razie na święta chyba sama sobie prezent kupię 😛

  • Ewelina Pawłowska

    W punkt napisana recenzja! Ja również jestem świeżo po 2 tomach i z niecierpliwością czekam na trzeci. Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości czy warto zagłębić się w taką tematykę to zapewniam… CHOLERNIE WARTO