The 100

The 100, czyli serial, który ssie. I to bardzo

Nie tak dawno rozpoczął się kolejny, czwarty już sezon serialowej wydmuszki, jaką niewątpliwie jest The 100. Tak się złożyło, że zerknąłem na pierwsze dwa odcinki, sam nie bardzo wiem po co. Może z sentymentu, jaki pozostał po obiecującym pierwszym sezonie, a może dlatego, że miałem wtedy gorączkę i mój mózg niekoniecznie pracował tak, jak powinien. Wracając jednak do meritum, muszę chyba powołać się na słowa największego polskiego proroka obecnego stulecia: „coś się… coś się popsuło”…

Skąd te pozytywne recenzje?

Nie mam bladego pojęcia. Ten serial jest tak przegadany i tak niewiarygodny, że entuzjazm wśród recenzentów i widzów dziwi mnie niepomiernie. The 100 miało wszystko, by stać się bardzo dobrą produkcją. Był koncept, było pole do popisu związane z postapokaliptycznym światem przedstawionym. Były postaci, które na początku zdawały się sprawiać wrażenie wyrazistych. A jednak scenarzyści wespół z pisarką Kass Morgan gdzieś po drodze straszliwie się pogubili. Trzeci i czwarty sezon The 100 skłaniają do zadania pytania: o czym ten tasiemiec właściwie opowiada i dokąd fabularnie zmierza? 

Świat przedstawiony The 100 jest wiarygodny niczym mariaż TVN-owskich Faktów Wiadomościami TVP

W ten świat zwyczajnie nie da się uwierzyć, tak wiele jest w nim nieścisłości i durnot. W niniejszym wpisie spróbuję wskazać kilka z nich.

Wydawałoby się, że sto lat to naprawdę dużo. Sto lat – tyle właśnie mniej więcej dzieli czas akcji The 100 od wojny nuklearnej, w wyniku której ginie zdecydowana większość ludzkości, a Ziemia zostaje napromieniowana tak, że ja pierdziu. A jednak jakiejś tam garstce ludzi udaje się przeżyć i przystosować do nowych warunków. No i fajnie, uznajmy, że to jest możliwe. Ale czy możliwe jest, żeby ta garstka ludzi w przeciągu ledwie stu lat zdołała stworzyć i rozwinąć nową kulturę, w tym – nowy język (to nic, że wszyscy ważni dla fabuły Ziemianie i tak szprechają po angielsku)? Czy atomówki wyprały tym ludziom mózg tak, że ci całkowicie zapomnieli o kilku tysiącach lat rozwoju cywilizacyjnego, a jednocześnie w ciągu stu lat stworzyli sobie nowiusieńką, kompletną kulturę: z jasno ustaloną hierarchią, tubylczym językiem oraz zupełnie nową religią?

Nie wydaje mi się…

Panie, samochód może i stuletni, ale chodzi jak nówka

Wspominałem już, że sto lat to naprawdę dużo? Nawet jeśli, to z pewnością nie dla pojazdów samochodowych, jakie przetrwały nuklearną napierdalankę w The 100. Te po stu latach wyglądają, jakby dopiero co wyjechały z salonu. I tak też działają. A ludzie z Arki, którzy za cholerę nie mogli mieć styczności z samochodami, nagle potrafią prowadzić je lepiej niż Krzysztof Hołowczyc. Ba, oni je naprawiają; mają wiedzę, jak to robić. Nie wiem, może w kosmosie zorganizowano im jakieś technikum samochodowe, no bo gdzie indziej mogli nabyć wiedzę z zakresu mechaniki samochodowej? Od postapokaliptycznych Ziemian, mieszkających w chatach z drewna i smarujących sobie twarze czymś, co przypomina gołębie łajno?

Tu warto się jeszcze na chwilę zatrzymać. Ta zdolność natychmiastowej adaptacji wśród ludu „Skaikru”, który to lud przez sto lat widział jedynie wnętrze stacji kosmicznej, jest niebywała. To nic, że wszyscy urodzili się w kosmosie i Ziemię znają wyłącznie z opowieści i zachowanych źródeł.

The 100

Spójrzmy na taką Octavię. Przez kilkanaście lat jej marnej egzystencji matka ukrywała istnienie O. przed obywatelami Arki, ponieważ dziewczyna była drugim dzieckiem, a posiadanie takowego było zabronione. Pal licho, że Octavia wygląda jak z okładki „Bravo Girl”, do tego tematu jeszcze wrócę. Najlepsze jest to, co dzieje się z nią po zesłaniu na Ziemię. Kilka, kilkanaście miesięcy i staje się wojowniczką wyszkoloną tak, że Chuck Norris sikałby po nogach z wrażenia i strachu jednocześnie. Ona. Ta, która przez kilkanaście lat chowała się pod podłogą, ażeby nikt przypadkiem nie odkrył jej istnienia.

No, chapeau bas, Octavia. Musiałaś mieć tam pod podłogą jakąś osobistą siłownię, trenera od przygotowania fizycznego, no i oczywiście jakiegoś Mateusza Grzesiaka od kołczingowego pierdolenia, tak żebyś przypadkiem nie ześwirowała. Gdybyś bowiem nie miała tego wszystkiego, wyglądałabyś teraz zapewne jak młodsza siostra Quasimodo z Dzwonnika z Notre-Dame z psychiką Kuby Rozpruwacza. A ty, droga Octavio, wyglądasz… ekhm… bardzo zdrowo.

The 100

Panie, jak leciały te ‚cheaty’ na nieskończoną amunicję?

Kolejna sprawa – amunicja i broń. Ja rozumiem, że bohaterowie znaleźli dość pokaźne składy z karabinami i innymi pierdzielnikami do masowego zabijania. Ale na miłość Macierewicza z Misiewiczem! Te zapasy broni zdają się być niewyczerpane! A warto wspomnieć, że wciąż mówimy tutaj o ponad stuletnich karabinach i tak samo starej amunicji. Kto by pomyślał, że bomby nuklearne tak dobrze konserwują pojazdy, broń, amunicję… szkoda, że ludzkich mózgów nie zdołały skutecznie zakonserwować.

The 100

Apokalipsa apokalipsą, ale ogolić się trzeba

Postaci przewijające się przez The 100 wyglądają jak jakieś odrzuty z castingów do boys- i girlsbandów. Zwłaszcza te z Arki. Buzie wymuskane jak pupy niemowląt, nóżki i torsy wydepilowane, fryzury prosto z kolorowych magazynów. Fajnie, że niektórzy potrafią dbać o siebie nawet w obliczu stale obecnego na horyzoncie końca świata.

Tak naprawdę to nie do końca fajnie.

Nie, jeśli mówimy o historii umiejscowionej w takim, a nie innym świecie przedstawionym. Nie domagam się w tym momencie, aby obsadę stanowili wyłącznie aktorzy ucharakteryzowani na meneli spod sklepu. Domagam się choćby szczątkowej wiarygodności, jeśli idzie o wygląd postaci. A tej nie ma. W ogóle.

The 100

Tak irytujących i zmiennych postaci nie widziałem dawno

Na pierwszy plan oczywiście trzeba wysunąć cierpiętnicę Clarke, której jedyną wyrazistą cechą jest to, że nie robi jej różnicy: „Conchita” czy „Wurst”. Kto w tej bezpłciowej ofierze losu dostrzegł potencjalnego przywódcę? Nie wiem, ale bawi mnie to niepomiernie. Oczywiście tak jak Octavia, Clarke również nadzwyczaj szybko uczy się walczyć (ta pierwsza przynajmniej miała mentorkę). Ponadto ma wybitne strategicznie pomysły i „za milijony kocha i cierpi katusze”. Ten koktajl cech może powodować odruchy wymiotne.

Nasza boska Clarke ma życie usłane trupami. Trupami ludzi, którzy coś tam niby dla niej znaczyli, ale dla dobra fabuły trzeba o nich jak najszybciej zapomnieć (pozdro, Wells; pozdro, Finn). Kroczy przez życie, spieprzając prawie wszystko, co da się spieprzyć. Niestety jak dotąd nikt nie zdołał jej skutecznie uśmiercić. Szkoda.

Ale Clarke to dopiero początek dziwactw dotyczących postaci.

Niemal każdy z pierwszo- i drugoplanowych przedstawicieli „Skaikru” przechodzi przez emocjonalny rollercoaster, przewracając swoje dotychczasowe życie do góry nogami. Fajnie, że postaci nie są jednowymiarowymi figurami, że w jakiś tam sposób ewoluują, niemniej same w sobie są przykładem, że w tę stronę też można przegiąć.

Zadziwiająco często motywacje i cele bohaterów ulegają przeobrażeniu. Zadziwiająco często dzieje się to bez większego powodu. Przykłady? Clarke, Finn, Bellamy, Jaha, Octavia, Lexa, Thelonious Jaha, Marcus Kane, John Murphy, Jasper… razem jakieś 60% obsady.

The 100

Upychana na siłę poprawność polityczna

W imię skrajnej poprawności politycznej bohaterowie muszą mieć wszystkie możliwe kolory skóry. Trzeba było również wpieprzyć, mniej lub bardziej na siłę, kilka wątków homoseksualnych. Jeden z nich co prawda płynie nurtem nadrzędnego wątku, ale nie zmienia to faktu, że prócz odrobiny kontrowersji na dobrą sprawę niczego istotnego nie wnosi.

The 100, czyli z dużej chmury mały deszcz

Pomysł był kapitalny, pierwszy sezon zapowiadał całkiem inną ścieżkę fabularną od tej, którą teraz musimy oglądać. Świetny był wątek „Mount Weather”, moim zdaniem zakończony zbyt pośpiesznie. Odkąd jednak do głosu doszła sztuczna inteligencja imieniem A.L.I.E., The 100 rozpoczęło szybkie i konsekwentne pikowanie. Trzeci sezon był momentami nie do wytrzymania, dwa odcinki czwartego utwierdzają mnie w przekonaniu, że teraz będzie tylko gorzej. Zdecydowanie nie polecam.Liebster Award 2016

Share
  • Nie oglądałam tego serialu, ale raczej tego faktu nie zmienię. Nie zaciekawił mnie jakoś. A po Twojej recenzji tym bardziej nie mam na niego ochoty.

  • Nie widziałam serialu, nawet o nim nie słyszałam. I chyba raczej nie obejrzę 🙂

  • Ja kiedyś zaczęłam ten serial oglądać. Dawno to było i do końca nie pamiętam o co tam chodziło, bo generalnie słabo mnie porwało… Podobną klapą okazał się serial Under the dome. Oglądaliśmy go razem z mężem i ja w połowie pierwszego sezonu się wyłamałam. On doobejrzał do końca, ale ostatecznie stwierdził, że strata czasu, bo z każdym sezonem było tylko gorzej.

    No, a każdym razie oglądać 100 nie zamierzam! 😀

  • Jeśli chodzi o recenzje, to już się nauczyłam że im bardziej pochlebne tym większy gniot się szykuje i często na odwrót 😉 A jeśli chodzi o seriale… zatrzymałam się na latach 90. i Beverly Hills 90210 😂😂😂 obejrzałam z 10 odcinków… zdecydowanie nie jestem „serialowa”!
    Kocham Black Mirror, ale to raczej nie jest klasyczny serial!
    Nie, nie namówisz mnie – najgorszą nawet recenzją 😉

  • Nie oglądałam, a po Twojej recenzji, raczej nie zamierzam. Nie lubię serialów, które ewidentnie traktują odbiorce jako przygłupią marionetkę, która wszystko łyknie, aby było dużo efektów specjalnych.

  • Na szczęście mam zbyt mało czasu na oglądanie seriali (jestem wierna jednemu) przez co nie mam potem poczucia, że go straciłam i rozczarowania, że miało być tak pięknie 😉
    /Pozdrawiam,
    Szufladopółka

  • Teraz te seriale kojarzą mi się trochę z burgerowniami. Lost i Prison Break były genialne, potem jeszcze parę weszło świetnie, ale na tym koniec. Jadą na modzie i popularności.

  • Mam wrażenie, że coraz więcej amerykańskich seriali opartych jest na świetnym pomyśle i źle prowadzonej fabule, np. „Westwood”. Przeciwieństwem byłby np. „House of Cards”, „Trapped” – ten ostatni co prawda nieamerykański. Natomiast w obu ostatnich przypadkach nie ma wielkiej filozofii, w zasadzie banał, natomiast sposób przeprowadzenia widza przez ten banał, oczywisty koncept, fantastyczny, wciągający w opowieść.

  • Osobiście nie miałam okazji oglądać jednak słyszałam parę opinii i są różne. Ja z amerykańskich bardzo lubię The Royals oraz The Family.

  • Czyli dobrze, że jednak nie zaczęłam?! 🙂

    • Roman Sidło

      Wiele nie straciłaś 🙂

  • super, że napisałaś szczerą recenzje, niestety jest wiele seriali I filmów, które sa robione na siłę :/ warto je omijać

  • Pierwszy sezon super, drugi też. Kolejne to już dla mnie było za dużo. Szczerze mówiąc na większości odcinków zasypiałam. Tylko Mąż dzielnie oglądał. Niemniej jednak obejrzę kolejny sezon z ciekawości co z miastem światła 😉

    • Roman Sidło

      Dla mnie początek najnowszego sezonu to już zdecydowanie zbyt wiele. Dlatego bez większego żalu porzucam ten serial.

  • Pingback: Nienawistna Ósemka - recenzja filmu oglądanego "po pijaku" - Blog Romana Sidły()

  • Pingback: Mr. Robot- recenzja serialu, który zhakuje Ci mózg - Blog Romana Sidły()

  • ajs ber

    Bardzo podobają mi się wypowiedzi typu: nie widziałem, ale skoro piszesz że to do bani, to oglądać nie będę. Fajnie być wierzącym. Empiria jest passe. Oglądam sobie The 100 i bawię się doskonale. Przecież nikt większego sens po tym serialu nie oczekiwał. Logika w tym przypadku nie jest najważniejsza; jest za to sporo emocji. Gdyby tak analitycznie i racjonalnie podchodzić do filmów czy seriali to 99/100 nie przeszłoby przez sito.