ojciec chrzestny recenzja książki

Ojciec chrzestny – recenzja książki „nie do odrzucenia”

Są takie klasyki, do których człowiek zabiera się jak prawiczek do cycka. Zalega Ci takie tomiszcze gdzieś na półce, kurząc się smutkiem książki wyklętej. Ty tymczasem, mimo pełnej świadomości posiadania literackiego arcydzieła, raz za razem sięgasz po powieściowe półśrodki, katując swoją młodzieńczą wrażliwość „dziełami” pokroju „Dziewczyny z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma (przy okazji – nie polecam). Dla mnie takim klasykiem był Ojciec Chrzestny. Powieść, z którą poszedłem do łóżka dopiero w dwudziestym szóstym roku swojego życia.

Jest się czego wstydzić?

Jeden rabin powie: „tak”, a inny powie „nie”. Idę jednak o zakład, że znajdą się tacy, którzy teraz pewnie zazdroszczą mi tej perwersyjnej czytelniczej przyjemności, z jaką wiąże się rozdziewiczenie tejże powieści. Ale spróbujmy zdiagnozować problem; z czego właściwie wynikały moje uprzedzenia względem dzieła signor Puzo? Cóż, może po prostu spodziewałem się siermiężnej mafijnej narracji, okadzonej cygarami, upstrzonej plamami krwi. Wzdętej od efekciarskich scen przemocy. Mamma mia! Tak jakbym nie miał wcześniej styczności z twórczością Puzo przy okazji lektury „Rodziny Borgiów”…

Vito Corleone – czyli człowiek-góra lodowa

Ojciec chrzestny recenzja książki
Źródło: wikipedia.

Chłód bijący od postaci Ojca Chrzestnego jest niesamowity. I przerażający. Vito Corleone to fasada uprzejmości i spokoju, za którą kryje się analityczny umysł, działający w oparciu o własny system wartości i subiektywnie zredefiniowane pojęcia: lojalności, honoru, rodziny, sprawiedliwości. To człowiek egzystujący nie tyle „poza społeczeństwem”, co trzymający to społeczeństwo na smyczy. Smyczy uplecionej ze strachu i szacunku, do której większość przywiązuje się dobrowolnie.

To właśnie Vito Corleone był dla mnie magnesem uniemożliwiającym oderwanie wzroku od kolejnych stronic powieści. Może to powód do niepokoju, może nie, ale mam jakąś osobliwą fascynację postaciami, które potrafią naruszyć – twardą, wydawałoby się – konstrukcję mojego kręgosłupa moralnego. Postaci przełamujących daltonizm patrzenia na świat, poszerzających paletę szarości o kolejne odcienie. Don Corleone jest właśnie taką postacią. Nietuzinkową i niejednoznaczną; ulepioną ze skrajności, a jednocześnie doskonale wyważoną.

Odnoszę wrażenie, że Puzo wykreował postać dona w taki, a nie inny sposób po to tylko, by czytelnik poczuł się nieswojo w chwili, kiedy uświadomi sobie, że w gruncie rzeczy sympatyzuje z familią mafiozów, którzy – jeśli okoliczności tego wymagają – nie wahają się przed zainstalowaniem człowiekowi we łbie ołowianej kulki.

Jaki ojciec, taki syn

Z początku podręcznikowa antyteza ojca, summa summarum – jego wierna kopia. Michael Corleone. Tak naprawdę główny bohater powieści. Postać z rollercoasterowym życiorysem, a przy tym symbol daremności uciekania przed przeznaczeniem.

Zapewne będę odosobniony w swojej opinii, ale dla mnie najmocniejszym fragmentem Ojca Chrzestnego była rozmowa Michaela z Kay Adams, w której „następca tronu” dobitnie i bez żadnych ogródek tłumaczy swojej kobiecie, jak będzie wyglądać ich małżeństwo, jeżeli Kay zgodzi się za niego wyjść. Wtedy to padają niezwykle ważne słowa o tym, kim jest jego ojciec, dlaczego wybrał taką właśnie ścieżkę życia:

Mój ojciec jest biznesmenem starającym się zabezpieczyć byt żony i dzieci, i tych przyjaciół, których może kiedyś potrzebować w trudnym momencie. Nie akceptuje nakazów społeczeństwa, w którym żyjemy, bo te nakazy zmusiły go do życia nieodpowiedniego dla takiego człowieka jak on, człowieka o niezwykłej sile i charakterze. Musisz zrozumieć, że uważa siebie za równego wszystkim tym wielkim ludziom, takim jak prezydenci i premierzy, sędziowie Sądu Najwyższego i gubernatorzy stanów. Nie zgadza się, żeby mu narzucali swoją wolę. Odmawia stosowania się do reguł stworzonych przez innych, reguł, które skazują go na życiową porażkę. Ale jego ostatecznym celem jest wejście w to społeczeństwo z pewną władzą, ponieważ społeczeństwo w gruncie rzeczy nie chroni tych swoich członków, którzy nie mają własnej, osobistej władzy. Tymczasem zaś kieruje się kodeksem etycznym, który uważa za znacznie wyższy od legalnej struktury społeczeństwa.

Wyrwane z kontekstu te słowa mogą nie robić wrażenia, ale dla mnie, w tamtej chwili po uszy tkwiącego w historii rodziny Corleone, zawierały argumenty, z którymi zgadzałem się, mimo pełnej świadomości, co kryje się za owym „kodeksem etycznym, który [Vito Corleone] uważa za znacznie wyższy od legalnej struktury społeczeństwa”. A najgorsza w tym wszystkim była nasuwająca się samoistnie analogia do rzeczywistości, w jakiej sam egzystuję na co dzień.

Żeby nie było zanadto kolorowo i jednoznacznie…

Należy powiedzieć sobie jasno – mafijna przestrzeń, w jakiej egzystują bohaterowie Ojca Chrzestnego, została przez Puzo wyidealizowana. Ten zarzut przetrwał do dzisiaj, blisko pięć dekad po premierowym wydaniu powieści. Mało tego, Ojciec Chrzestny po dziś dzień stanowi inspirację dla gangsterskiej partyzantki, bo zarówno Vito, jak i Michael Corleone doczekali się nader wielu „rzeczywistych” naśladowców. Oliwy do ognia dolała w tym przypadku kultowa adaptacja filmowa Francisa Forda Coppoli z Marlonem Brando i Alem Pacino w rolach głównych.

Ojciec Chrzestny od kuchni

Nad warsztatem pisarskim Puzo można rozpływać się w nieskończoność. Z jednej strony otrzymujemy plastyczne i sugestywne opisy, z drugiej – suchą, żeby nie powiedzieć – zimną narrację, wyzbytą jakiegokolwiek ładunku emocjonalnego i wartościowania, pozostawiającą czytelnikowi sporo miejsca na osobistą refleksję. Akcja powieści jest płynna i dynamiczna, dialogi niezwykle wiarygodne, a postaci wielobarwne i niejednoznaczne.

Warto zwrócić uwagę również na mistrzowskie posługiwanie się czasem, które robi największe wrażenie, kiedy skieruje się uwagę na przestrzenie czasowe między rozdziałami, tzw. miejsca niedopowiedzenia, które czytelnik sam musi sobie opowiedzieć, jak na przykład ponad półroczna luka po powrocie Michaela z Sycylii.

Absolutny „Must read”

Byłbym hipokrytą, gdybym nie zrozumiał oporów przed sięgnięciem po tę pozycję. Mimo wszystko jednak z pełną odpowiedzialnością polecam ją każdemu, kto nie miał okazji zetknąć się z perypetiami rodziny Corleone, ale i z twórczością Mario Puzo w ogóle.


Uważam również, że to olbrzymi prestiż być w posiadaniu tej powieści. Na Ceneo możecie znaleźć ostatnie wydanie i spośród ofert różnych sklepów i księgarni wybrać najlepszą dla siebie ofertę. Ostatnio również pojawił się audiobook Ojca Chrzestnego, gdzie w rolę lektora wcielił się Janusz Gajos. Dla tych, którzy jeszcze nie widzieli kultowego obrazu Coppoli, zachęcam do nadrobienia zaległości i zaopatrzenia się w to kinematograficzne arcydzieło.

Zobacz też: recenzję książki biograficznej o Ewie Demarczyk.

Roman Sidło

Share
  • Jedna z moich ulubionych książek, jedyna którą przeczytałam 2 razy 😃

    • Roman Sidło

      Ja teraz zamierzam kontynuować nadrabianie zaległości i wziąć na warsztat „Sycylijczyka”.

  • Ostatnio w bibliotece zatrzymałam się przy „Ojcu chrzestnym”. Coś kazało mi iść dalej. Zachęciłeś mnie, żebym następnym razem (o ile książka będzie na stanie) nie posłuchała mojego wewnętrznego głosu. Może będzie to miłość od pierwszej strony? Kto wie?

    • Roman Sidło

      Od pierwszej strony może nie, ale myślę, że przypadnie do gustu 😉

      • Akurat byłam w czwartek w bibliotece i wzięłam „Ojca chrzestnego”. Jak tylko skończę „Gumpa i spółkę”, to sama przekonam się, czy to książka dla mnie, czy może wcale nie 🙂

  • Uwielbiam film i książkę – mistrzowskie pozycje. Film zawsze oglądam z tym samym zainteresowaniem,po książkę czasem sięgam tylko po to, żeby przypomnieć sobie interesujące fragmenty. Doskonała lektura. Recenzja także trzyma poziom 🙂 Brakuje tylko tu Twojej złośliwości, ale za dobrą książkę wybrałeś do recenzowania 🙂

    • Roman Sidło

      Wiesz, ja nie kąsam dla samego faktu kąsania. Potrafię oddać cesarzowi to, co cesarskie. A przy okazji tej powieści, jak sama zauważyłaś, trudno o złośliwość 🙂

  • Damian W

    Ta książka jest wspaniała. Pamiętam gdy wypożyczyłem ją od siostry a rok temu zakupiłem ją w księgarni, bo potrzebowałem ją mieć ”osobiście” na swojej półce 🙂

  • Pingback: 10 postaci literackich, z którymi poszedłbym na wódkę - Blog Romana Sidły()