Igrzyska śmierci recenzja książki

Igrzyska śmierci, czyli coś tu śmierdzi…

Dzisiaj będzie o jedną szczyptę kontrowersji więcej niż dotychczas. Bo o ile po Zmierzchu 50 twarzach Greya można dziś pojechać ze społecznym błogosławieństwem, tak Igrzyska Śmierci wśród polskich czytelników zostały przyjęte raczej ciepło. I czas tego nie zmienił. Ale ani ja, ani Rafał nie obrazimy się, jeśli w komentarzach pojawi się oburzenie. Prawdę mówiąc, czekamy na to. 

Jak zawsze zachęcam do zapoznania się z czasopismem „Palimpsest. Pisane na nowo”, w którym recenzja książki Igrzyska śmierci została opublikowana. Wszystkie numery „P” znajdziecie tutaj.


Igrzyska śmierci – recenzja książki, która przyjęta została bardzo ciepło, ale my musimy ją wyśmiać.

RAFAŁ: Zanim zaczniemy omawiać treść Igrzysk Śmierci autorstwa Suzanne Collins, pozwolę sobie na kilka słów wstępu. Całkiem niedawno trafiłem w internecie na dyskusję rozpoczynającą się od słów „czytałeś nowego Harry’ego Pottera„? Rozmówca odpowiedział zdziwieniem, bo przecież żadna nowa część cyklu J.K. Rowling nie wyszła [tekst powstał w 2015, a więc ponad rok przed premierą Harry’ego Pottera i Przeklętego Dziecka – przyp. RoSi]. I choć pojawiają się różne plotki, póki co nie zanosi się, by takie wydarzenie nastąpiło szybko [hehehe – przyp. RoSi]. „Wiesz, to w stylu Harry’ego Pottera, tylko z dziewczyną”, kontynuował inicjator dyskusji. Ku konsternacji drugiego uczestnika rozmowy, książką tą ostatecznie okazały się Igrzyska Śmierci. Niestety, twór Suzanne Collins to nie Harry Potter, przypomina go w naprawdę niewielkim stopniu, a mimo to powrót pamięcią do czasów, gdy zaczytywałem się w „Henryku Garncarzu”, pomógł mi lepiej zrozumieć, co w Igrzyskach Śmierci nie gra. Ale o tym później. Teraz czas na standardowe pytanie: o czym traktuje ta powieść?

Igrzyska śmierci recenzja książki

O czym są Igrzyska Śmierci?

ROMAN: Akcja Igrzysk Śmierci rozgrywa się na postapokaliptycznych zgliszczach Stanów Zjednoczonych, w Panem – państwie składającym się z Kapitolu oraz dwunastu dystryktów. Każdy dystrykt reprezentuje określoną gałąź przemysłu. I tak na przykład dystrykt dwunasty, z którego pochodzi główna bohaterka imieniem Katniss, zajmuje się górnictwem, dystrykt jedenasty – rolnictwem, i tak dalej, i tak dalej. Tak pomyślana struktura Panem ma mu zapewnić samowystarczalność. Przynajmniej w teorii, bo rzeczywistość jest zgoła odmienna: brud, smród, ubóstwo i orwellowska inwigilacja społeczeństwa. Ale mniejsza o to.

Co roku w Panem organizowane są tzw. Głodowe Igrzyska, będące z jednej strony karą za bunt społeczeństwa sprzed ponad siedmiu dekad, a z drugiej – przestrogą przed podobnymi inicjatywami w przyszłości. Głodowe Igrzyska, najogólniej mówiąc, to „deadmatch”, w którym biorą udział dzieci w wieku od dwunastu do osiemnastu lat. Uczestnicy wybierani są drogą losowania; każdy dystrykt reprezentowany jest przez dwoje „szczęśliwców”: chłopca i dziewczynę. Igrzyska kończą się w momencie śmierci przedostatniego uczestnika, zwycięzca bowiem może być tylko jeden. Amen.

RAFAŁ: Oczywiście nikogo nie powinno zdziwić, że jednym z tych „szczęśliwców” okazała się główna bohaterka. A raczej jej młodsza siostra, która długo się nie nacieszyła swoją rolą, bo Katniss niemal natychmiast postanowiła ją zastąpić. Nie wiem, czy się ze mną zgodzisz, ale obraz świata wykreowanego przez Suzanne Collins jest naprawdę interesujący. Podobne motywy istniały co prawda w kilku książkach i filmach, jednak wciąż jest to największa zaleta Igrzysk Śmierci.

Intertekstualność czy plagiat?

ROMAN: Dupa, Rafał, nie zaleta. To tak, jakbyś uprowadził dziecko patologicznemu sąsiadowi, umył je, uczesał, ubrał według swojego gustu, a potem oznajmił światu, że jest Twoje. To tak nie działa. Suzanne Collins bez skrępowania grzebie w szufladzie z motywami, które nie należą do niej; depcze po truchłach Kingów, Orwellów, Goldingów i innych Takamich. Jest jak polski internauta piszący pod filmem na Youtube: „tu Polacy, przejmujemy ten filmik”. Korzystanie z tak mocno wyeksploatowanych motywów może usprawiedliwiać jedynie pragnienie ich ewolucji. Tutaj tego nie ma, mało tego – tak Panem, jak i same Igrzyska, wydają się nieco upośledzone w stosunku do swoich pierwowzorów.

RAFAŁ: Battle Royal to na pewno nie jest, prawda. Z Igrzyskami Śmierci mam jeszcze jeden zasadniczy problem, który wytłumaczy, dlaczego wspomniałem o Harrym Potterze, chociaż powieść Collins trudno porównać do sagi J.K. Rowling. Pamiętasz może czwartą część serii o czarodzieju z Hogwartu, Harry Potter i Czara Ognia? Nim wprowadzono do fabuły książki Turniej Trójmagiczny, autorka najpierw wprowadzała czytelnika w świat Harry’ego – owszem, były wcześniej trzy części, ale ma się wrażenie, że nawet czytelnik nie mający pojęcia o Potterze, w chwili wprowadzenia Turnieju Trójmagicznego nie czuje się już obcy. Tu mamy coś w stylu Greya – jest sobie temat książki, podkreślony nawet jej tytułem, powieść ledwo się rozpoczyna, a tu bach… mamy Głodowe Igrzyska. To burzy nieco wiarygodność postaci, bo czytelnik ma wrażenie, że nie są w stanie istnieć poza wydarzeniami, w których biorą udział.

igrzyska śmierci recenzja książki

Rozmach świata przedstawionego przerósł Suzanne Collins

ROMAN: Czy ja wiem? Same Igrzyska, nie licząc przygotowań i rozgrywek zakulisowych, zaczynają się, kiedy czytelnik ma za sobą ponad setkę przeczytanych stron. Poza tym, co jakiś czas pojawiają się retrospekcje, które odsłaniają to i owo, głównie z życia Katniss. Ale z jednym się z tobą zgodzę. Brakuje czegoś w rodzaju wstępu, który wprowadziłby czytelnika w klimat postapokaliptycznego Panem. Zresztą cały ten świat przedstawiony zdaje się wymykać autorce. No bo popatrz, z jednej strony mieszkańcy dwunastego dystryktu przymierają głodem, z drugiej zaś mają stosunkowo swobodny dostęp do zdobyczy technologicznych, takich jak telewizja (za to własnego samochodu nie ma nikt). Innymi słowy – żryj gruz, popij moczem, ale koniecznie przed ekranem telewizora.

Ciekawi mnie również sposób organizacji Igrzysk od strony technicznej, przede wszystkim sposób rozmieszczania kamer i dostarczania przesyłek od sponsorów. W przypadku kamer autorka nie wyjaśnia prawie niczego, a fabuła sugeruje, że zainstalowane są dosłownie wszędzie. Mało tego, są niezniszczalne, o czym świadczy decyzja organizatorów o podpaleniu lasu, w którym ukrywają się zawodnicy. Z przesyłkami jest jeszcze lepiej. Pojawiają się nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak. Możesz nawet nie zdążyć dokończyć zdania: „dupa mnie boli”, a obok Ciebie już będzie leżała maść na hemoroidy. O ile rzecz jasna masz chody u sponsorów. No i ten spadochron, na którym spadają przesyłki. Uczestnicy boją się zdradzać swoją aktualną pozycję przed rywalami – nie rozpalają ognisk, ukrywają się w błocie etc. No ale spadająca z nieba przesyłka wcale nie zdradza, gdzie się ukrywają, gdzieżby znowu…

Modelowy czytelnik według Suzanne Collins to debil

RAFAŁ: Zresztą mam wrażenie, że autorka Igrzysk traktuje swoich czytelników jak idiotów. Wszystko musi być dokładnie wyjaśnione, bo czytelnik jest osobą niemyślącą, wychowaną na telewizji i nie ma tzw. „pomyślunku”. Już na samym początku dostajemy opis płotu, który jest co prawda pod napięciem, ale można przez niego spokojnie przechodzić, bo prąd pojawia się na maksymalnie dwie godziny dziennie. Oczywiście główna bohaterka na wszelki wypadek zawsze nasłuchuje brzęczenia. I co? I musi mi koniecznie wytłumaczyć, że brzęczenie oznacza, iż płot jest pod napięciem. W życiu bym się nie domyślił. Thank you, Captain Obvious. A zupełnym już gwoździem do trumny są dialogi – mam wrażenie, że bohaterowie aż nie wiedzą, o czym ze sobą rozmawiać.

ROMAN: Jeśli już jesteśmy przy temacie robienia z czytelników idiotów, warto zwrócić uwagę na kwestię narracji. Opowiadanie o Igrzyskach z perspektywy Katniss, a więc jednej z uczestniczek, to nic innego, jak podanie czytelnikowi złotej tacy z karteczką, na której jest napisane: „Katniss zwycięży w Igrzyskach. Pozdrawiam, Suzanne Collins”. Nawet mało rozgarnięty czytelnik w mig pojmie, że zgon Katniss nie wchodzi w rachubę, bo wtedy posypałaby się cała struktura powieści. Pozostaje jednak pytanie: po co narażać na śmierć postać, co do której i tak wiadomo, że musi przeżyć?

igrzyska śmierci recenzja książki

Kiepsko oddana dynamika, prosty język

RAFAŁ: Dość zabawne jest to, że wszystkie książki, jakie do tej pory omówiliśmy, są napisane w pierwszej osobie. I zdawałoby się, że taki zabieg pomaga stworzyć autentyczny punkt widzenia. Ale skąd – problemem jest to, że mamy do czynienia z wydarzeniami dziejącymi się „teraz, w tej chwili”, z tym że Suzanne Collins za cholerę nie potrafi oddać ich dynamiki. Chyba że takowa miałaby polegać na pisaniu: „Biegnę. Nic mnie nie zatrzyma. Orientuję się, że coś nie gra” lub „Słońce sunie powoli po niebie. Staram się zabijać czas. Przeżuwam liście”. Rozumiem, że zdania pojedyncze miały wzmocnić wrażenie poczucia osaczenia, niepewności, ciągłego biegu. Ale co z tego, skoro jest to podane w taki sposób, że nasza Katniss sprawia przy tym wrażenie osoby niepełnosprawnej umysłowo? Przecież moje wypracowania z podstawówki były pisane bardziej skomplikowanym językiem!

ROMAN: Chcesz przez to powiedzieć, że wyznacznikiem jakości książki jest złożoność języka, jakim została napisana?

RAFAŁ: Oczywiście, że nie. Hemingway przecież był wyznawcą krótkich, niezbyt złożonych zdań, pisanych nieskomplikowanym językiem. A ze względu na swoją ikoniczność zaraził tym wielu późniejszych, zafascynowanych jego prozą autorów. Jednak czym innym jest świadome ograniczenie własnego języka, czym innym jest ograniczenie języka, bo nie potrafi się z niego więcej wykrzesać. W przypadku Igrzysk Śmierci mam wrażenie, że mowa o tym drugim.

To wciąż kilka półek wyżej od Zmierzchu 50 twarzy Greya

ROMAN: Czepiasz się akurat tego skrawka płaszcza, który w kontekście całości prezentuje się stosunkowo najsolidniej. Poza tym zawsze pozostaje kwestia tłumaczenia. Nie znając oryginału, trudno wyrokować, ile spieprzył sam autor, a ile tłumacz. Tak sobie myślę, że smarujemy tę powieść łajnem, zapominając o jednej ważnej rzeczy. W stosunku do dwóch ostatnich, które recenzowaliśmy, Igrzyska Śmierci przynajmniej zasługują na to, by być nazywane powieścią, i to bez opatrywania cudzysłowem. Mylę się?

RAFAŁ: Jak najbardziej masz rację. W Igrzyskach istnieje coś więcej niż bohaterowie – mamy fabułę, w której związek między postaciami jest tylko jednym z elementów, mamy akcję, a głównym antagonistą nie jest nagle z dupy pojawiająca się postać albo upodobania jednego z bohaterów, tylko władza, tak uciskająca społeczeństwo, że jej nieświeży oddech czuć na każdym kroku. O czymś jeszcze zapomniałem?

ROMAN: Collins udało się wprowadzić do wykreowanego świata kilka detali, które prezentują się naprawdę nieźle. Myślę tu na przykład o wystrzałach z armat obwieszczających pojedyncze zgony uczestników Igrzysk. Niesamowity rekwizyt, posiadający znaczenie nie tylko symboliczne, ale przede wszystkim – psychologiczne. Podczas lektury wielokrotnie zastanawiałem się, jakie emocje taki huk armaty wywołałby u mnie, gdybym miał „przyjemność” uczestniczenia w podobnej ”imprezie”. Muszę przyznać, że samo myślenie o tym było na swój sposób fascynujące i przerażające zarazem. Tego typu rekwizytów brakowało w innych lokacjach, chociażby w dystrykcie dwunastym, który sam w sobie był dla mnie jednym wielkim niedopowiedzeniem.

Igrzyska śmierci w kanonie lektur?

RAFAŁ: A który miał w sobie przecież niesamowity potencjał. A wiem tyle, że zajmowali się tam górnictwem i nie przepadali za oglądaniem Igrzysk, jednak musieli to robić. Mam nadzieję, że Collins rozbudowała obraz dwunastego dystryktu w kolejnej części. A już wiem, że ta zaskakuje jedną rzeczą: SPOILER ALERT – Głodowe Igrzyska, w których uczestniczyła Katniss, doprowadziły do masowych buntów w dystryktach. Brawo Suzanne – w końcu czegoś nie spieprzyłaś! Ale o tym wiem tylko z Wikipedii i to nie W Pierścieniu Ognia omawiamy w tej chwili. Chcesz w ogóle na koniec poznać ciekawostkę? Igrzyska Śmierci to w Stanach Zjednoczonych lektura dla klas VI.

igrzyska śmierci recenzja książki

ROMAN: A podobno to nasz kanon lektur jest beznadziejny.

Igrzyska Śmierci? Nie polecamy

RAFAŁ: Cóż, mają tam też np. Zabić Drozda, które według mnie jest świetną, aczkolwiek nieco zbyt dojrzałą książką na ten wiek, nawet jeżeli jest pisana z perspektywy małej dziewczynki. W polskim kanonie jest kilka podobnych przykładów. Ale nie mówmy o tym, bo to temat na osobną debatę. Za to powiedzmy wprost: Igrzyska Śmierci – nie polecam, Piotr Fronczewski.

ROMAN: (ale mimo wszystko nie polecam w mniejszym stopniu, niż w przypadku Zmierzchu i 50 twarzy Greya). Tymczasem w kolejnej – ostatniej już – odsłonie cyklu recenzja powieści Weronika Postanawia Umrzeć Paulo Coelho. Zapraszamy!

Share
  • Książki nie znam (czy to powód do wstydu?), widziałam jedynie filmy i mocno mnie zmęczyły. Zastanawia mnie jednak fakt, że autorka nawiązuje Waszym zdaniem do tak wielu utworów, ale jest to – przynajmniej według Was – minus tej książki. Osobiście cenię intertekstualność dzieł literackich, może dlatego, że mam wówczas wrażenie, że autor docenia czytelnika i liczy na jego błyskotliwość w śledzeniu owych nawiązań. Trudno mi jednak oceniać jak jest w tym przypadku, bo tej lektury nie znam. Niemniej recenzja bardzo ciekawa 🙂

    • Roman Sidło

      W przypadku takiego „Battle Royal” to bardziej plagiat niż intertekstualność 🙂

      • Książka Do Plecaka

        Jeśli nie zna pani Igrzysk Śmierci, to jest to pewien powód do wstydu 🙂

        • Roman Sidło

          Możemy się wzajemnie poobrzucać tytułami, których nieznajomość stanowi powód do wstydu 🙂

          • Książka Do Plecaka

            Czemu nie? Może ja zacznę i obrażę siebie pisząc ,,Potop” 🙂

          • Roman Sidło

            To masz pecha, bo ‚Trylogia’ była tematem mojej pracy magisterskiej 😀

  • KSIĄŻKOHOLICZKA BLOG

    Szanuję wasze zdanie, ale sama mam inne. Bawiłam się przednio przy lekturze, a po za tym wychodzę z założenia, że to tego typu powieść, od ktorej nie zależy wymagać zbyt wiele. Po prostu ma nieść rozrywkę. Jeśli chce się przeczytać powieść wartościowa o takiej tematyce, należy sięgnąć po wspomnianego Orwella.

  • Świetny styl recenzji, aż miło się czytało! Dla mnie to historia doskonała do ekranizacji. Po obejrzeniu 3 części nadal nie skupiło mnie do sięgnięcia po książkę.

    • Roman Sidło

      Dzięki za odwiedziny i miłe słowa 🙂

  • Nie czytałam. Próbowałam obejrzeć filmy, ale też do mnie nie trafiły. Nudnawe tak jakby. Tym bardziej nie czuję się zachęcona do czytania książki.

  • „Jest jak polski internauta piszący pod filmem na Youtube: „tu Polacy, przejmujemy ten filmik”.”

    Takie smaczki lubię :))

    • Roman Sidło

      Tekst nie jest nowy, ale tak swoją drogą ten tekst wyszedł już chyba z użycia w praktyce 😉

      • Pierwszy raz go widzę 🙂

        • Roman Sidło

          A to dziwne, bo jeszcze niedawno była taka moda na yt wśród Polaków 😉

  • Dobry pomysł z tym „dwugłosem”. Może tylko bardziej skontrastowałbym tych „rozmówców”, żeby nie zgadzali się ze sobą. [ale zainspirowałeś mnie do czegoś 😉

    • Roman Sidło

      Myślałem wielokrotnie o tym, na co właśnie zwróciłeś uwagę. Już wkrótce wznawiam cykl i myślę, że kontrast będzie – płciowy na pewno, a czy na płaszczyźnie gustu… mhm… to się dopiero okaże.

      • Ja planuję coś w tym guście – „czterogłos” – jak u Kurosawy 😉

        • Roman Sidło

          Fajny pomysł, choć nie wiem, jak by wyszedł w praktyce i czy nie powstałaby z tego ściana tekstu, przez którą trudno byłoby czytelnikowi się przedrzeć.

  • Macierzynstwo-raz!

    Nie czytałam książki, ale filmy obejrzałam. Jakoś do mnie nie przemówiły.

  • Jeszcze nie czytałam, ani nie oglądałam, a jeśli już to potraktuje to jak czystą rozrywkę:)

  • Chłopaki, widzę, że postaraliście przy tej recenzji 🙂 To nie mój typ literatury, więc raczej nie zweryfikuję i nie wyrobię sobie własnego zdania 🙂

  • janielka

    Nie czytałam , nie ogladałam.:) ale twój tekst przeczytałam .:)

  • Czy „Eneida” depcze „Iliadę” i „Odyseję”?

    • Roman Sidło

      „Igrzyska śmierci” depczą „Battle Royale”, jakkolwiek głupie nie byłoby to drugie.

  • Pingback: Czarny Anioł. Opowieść o Ewie Demarczyk - Blog Romana Sidły()

  • „Oczywiście główna bohaterka na wszelki wypadek zawsze nasłuchuje brzęczenia. I co? I musi mi koniecznie wytłumaczyć, że brzęczenie oznacza, iż płot jest pod napięciem.” Nigdy nie stałam przy takim płocie, a dzięki tej ciekawostce będę uważać 😉 Czytałam wszystkie książki z tej trylogii. Pamiętam fabułę, ale szczegóły tylko z ostatniej książki, bowiem była dla mnie najbardziej przykra. Płakałam. Seria mogłaby równie dobrze skończyć się na 2 tytułach, ale kobiety przeważnie mają tendencję do przedłużania 😉

    • Roman Sidło

      Trudno mi się odnieść, bo pierwszy tom raczej nie zachęcił mnie do podjęcia lektury kolejnych. Dzięki za odwiedziny 🙂

  • Pingback: Weronika postanawia umrzeć, a my razem z nią... - Blog Romana Sidły()

  • Pingback: 50 twarzy Greya, czyli porno dla Twojej matki - Blog Romana Sidły()