Czarny anioł recenzja książki

Czarny Anioł. Opowieść o Ewie Demarczyk

Nigdy nie ukrywałem, że za biografiami, autobiografiami i wszelkimi ich pochodnymi nie przepadam. Sięgam po nie rzadko. Zwykle wtedy, gdy nie ma co „wrzucić na ruszt” lub jeśli darzę osobę, której książka dotyczy, nieopisanym wręcz podziwem i szacunkiem. Dlatego sięgnąłem po autobiografię sir Alexa Fergusona. Dlatego też zdecydowałem się przeczytać książkę Czarny anioł. Opowieść o Ewie Demarczyk autorstwa Angeliki Kuźniak i Eweliny Karpacz-Oboładze.

„Więc dróg poznaj sto, aby dojść do mych ust”

Nie pamiętam dokładnie, kiedy zapłonęła we mnie fascynacja twórczością Ewy Demarczyk. Chciałbym wierzyć, że było to uwielbienie od pierwszego usłyszenia. Wyobrażam sobie, jak nastoletni podlotek, wychowany na miałkich i infantylnych popowych żądaniach „śmierci dla budzików”, na kawałkach o tym, że „życie cudem jest”, a „orła cień wzbił się niczym wiatr”, w jednej chwili uświadamia sobie istnienie tej płaszczyzny piosenki, która dotąd była dla niego ukryta. Nie wiem, czy tak było wtedy, nie pamiętam. Ale dzisiaj utwory Ewy Demarczyk są dla mnie jak aorta, przez którą przepływają emocje. Rzeczywiste i niewymuszone.

Niewielu doświadczam zjawisk, które są w stanie dotrzeć do najgłębszych pokładów mojej wrażliwości. Głos Ewy Demarczyk dotarł tam i dociera za każdym razem, gdy jadąc samochodem, nucę razem z nią: „ty wódkę za wódką w bufecie…”

„Kilka słów, doprawdy nic wielkiego”

Tym jednym wersem Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, brawurowo zinterpretowanym wokalnie przez Demarczyk, mógłbym streścić subiektywne wrażenia po przeczytaniu Czarnego Anioła. 

Oczywiście, doceniam mrówczą pracę wykonaną przez autorki. Bo taką niewątpliwie musiało być zebranie tych wszystkich materiałów dotyczących artystki, dotarcie do osób mniej lub bardziej z nią związanych. Ale też sama próba nawiązania kontaktu z Ewą Demarczyk.


Słyszałeś o leczeniu depresji z Beatą Pawlikowską? Jeśli nie, sprawdź koniecznie recenzję książki Wyszłam z niemocy i depresji. Ty też możesz!


No i właśnie, szybko docieramy do sedna problemu książki. Myślę, że niemożność dotarcia do pani Ewy z góry skazała cały projekt na fiasko. Jednocześnie jestem przekonany, że autorki długo starały się, próbowały… w toku lektury nie mogłem jednak oprzeć się wrażeniu, że ich entuzjazm i poczucie sensowności realizowanego tematu gasły wraz z główną bohaterką opowieści.

Chciałbym wierzyć, że Kuźniak i Karpacz-Oboładze wycisnęły z zebranego materiału wszystko, co się dało. Ale bez osobistego zaangażowania ze strony Demarczyk ta książka wręcz nie miała prawa się udać. Postać „Czarnego Anioła” jest opowieścią samą w sobie, sęk w tym, że nie ma chyba na świecie takiego pisarza, któremu piosenkarka (jak to głupio brzmi) pozwoliłaby opowiedzieć samą siebie od początku do końca.

„A zostanie tylko, tylko fotografia”

Książkowy portret Demarczyk jest na swój sposób dwoisty. Mamy więc entuzjastyczną, otwartą, trochę roztrzepaną Ewę w typie „dziewczyny z sąsiedztwa”. Chwilę potem – apodyktyczną, bezkompromisową artystycznie dyktatorkę, tyleż profesjonalną, co trudną w koegzystencji. I tylko brakuje momentu przejścia między jedną Ewą a drugą.

Może wynika to z faktu, że pierwsza część książki to nie tyle opowieść o Demarczyk, co o Piwnicy pod Baranami na tle PRL-owskiego krajobrazu. Innymi słowy – za mało Demarczyk w książce o Demarczyk. A może po prostu trudno było mi uchwycić moment przemiany w przyjętej przez autorki konwencji opowieści budowanej z wypowiedzi kilkudziesięciu osób.

Co najbardziej uderza w wizerunku Ewy Demarczyk przedstawionym przez autorki? Po pierwsze – profesjonalizm: obsesyjny i perwersyjny, wycieńczający zarówno samą wokalistkę (niejednokrotnie potrzebowała pomocy przy schodzeniu ze sceny; zdarzało jej się zemdleć w przebieralni), jak i tych wszystkich muzyków, którzy nie potrafili dotrzymać jej kroku na próbach i podczas występów.

„Dziewczyna płonie gniewem… zaciska białą pięść…”

Ale portret Demarczyk posiada również pajęczynę głębokich rys i zadrapań, które w książce zostały bardzo mocno wyeksponowane. Bo „Czarny Anioł” często emanował swoją czernią, również na płaszczyźnie charakteru. Skutkowało to regularnymi konfliktami z całym światem, groźbami odwoływania koncertów, efektownym i dożywotnim paleniem za sobą mostów. Powołując się na książkę, Demarczyk potrafiła odwołać występ tylko dlatego, że na scenie był jeden fortepian zamiast dwóch, a uszyta przez ukochaną mamę suknia została w domu, bo artystka zapomniała jej spakować.

Takie smaczki są oczywiście chętnie pochłaniane przez czytelnika, niemniej tutaj w którymś momencie odniosłem dość przykre wrażenie, że im dalej w stronice, tym historia coraz bardziej przepoczwarzała się w opowieść o perypetiach starzejącej się wariatki. Oczekiwałem opowieści o artystce, otrzymałem historię powolnego zanurzania się w bagnie upokorzenia. Oczywiście nie twierdzę, że było to celowe zamierzenie autorek, niemniej mój osobisty filtr wrażliwości sprawiał, że odebrałem tę książkę nie jako hołd w stronę artystki, ale oskubanie „Czarnego Anioła” z ostatnich piór.

„Deszcz jest jak litość — wszystko zetrze: i krew z bojowisk, i człowieka, i skamieniałe z trwóg powietrze”

Nie wiem, być może trudno było mi czytać o tym jak gwiazda Ewy Demarczyk gasła, a gasła boleśnie i wstydliwie dla niej samej. Wyidealizowany portret ukochanej artystki zderzył się nagle z murem prawdy zawartej w książce i rozpadł na miliony kawałeczków. Autentycznie mnie to zabolało. Z drugiej strony… zawsze uważałem, że prawdziwą – i jedyną miarodajną – biografią artysty jest jego twórczość. Twórczość, która powinna być stawiana daleko ponad tłem osobistym, jakkolwiek ponure i niejednoznaczne by ono nie było. A w tej książce… cóż, zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie historie kończą się happy endem, ale to upokarzające dla Demarczyk zakończenie książki – celowo lub nie – przesłania niejako wszystko to, za co artystce należy się dozgonne uwielbienie.

Roman Sidło

Share