50 twarzy Greya recenzja książki

50 twarzy Greya, czyli porno dla Twojej matki

Odgrzewania starych kotletów ciąg dalszy. W zeszłym tygodniu mieliście szansę poczytać co nieco o Zmierzchu, w tym wyciągam dla Was archiwalną recenzję powieści, która z sagą o wampirach ma więcej wspólnego, niż moglibyście przypuszczać. 50 twarzy Greya, okrzyknięte mianem „porno dla mamusiek”, to ten rodzaj literatury śmieciowej, który teoretycznie ma szokować, a w praktyce wywołuje na twarzy grymas zażenowania. Oczywiście tę recenzję również pisałem wraz z Rafałem Samborskim dla czasopisma „Palimpsest. Pisane na nowo” (tutaj znajdziecie wszystkie numery; polecam zajrzeć, bo naprawdę warto).

50 twarzy Greya – dwugłosowa recenzja książki, która żenuje prawie tak samo jak Zmierzch

ROMAN: Podczas zeszłomiesięcznego pastwienia się nad Zmierzchem umknęła nam rzecz, która w kontekście dzisiejszej recenzji wydaje się niezwykle istotna. Otóż Stephenie Meyer, prócz zbrodni przeciwko literaturze, jaką była saga Zmierzch, dokonała jeszcze jednego fatalnego w skutkach czynu – powołała do życia kolejnego literackiego terrorystę, niejaką Erikę Leonard. Erika Leonard (szerzej znana jako E.L. James), zafascynowana losami Belli i Edwarda, postanowiła sięgnąć po pióro i napisać powieść, która pierwotnie miała być fanfikiem Zmierzchu. Nie wyszło. Ale nasza Erika nie zamierzała tak łatwo zrezygnować ze swych wypocin. Przeredagowała je ponownie. Tu dodała to, tam odjęła tamto, zmieniła personalia bohaterów, skróciła im kły, dokleiła swojemu Edwardowi penisa, swojej Belli waginę, nauczyła oboje tajników sadomaso i… tadam! Tak powstało Pięćdziesiąt twarzy Greya.

50 twarzy Greya recenzja książki

RAFAŁ: A mimo szeregu zmian, wampirzy zapach wciąż jest mocno wyczuwalny. I chociaż dopiero zaczynamy nasze omówienie, już czuję, że do arcydzieła Stephanie Meyer będziemy odwoływać się w wielu miejscach. Ale… ale… Zacznijmy – klasycznie – od formalności: Anastasia Steele musi zrobić wywiad z Christianem Greyem, młodym biznesmanem. Wywiad o tyle nietypowy, że nasza bohaterka pracuje w zastępstwie swojej współlokatorki i zupełnie nie ma pojęcia, na co się rzuca. I choć wywiad udaje się połowicznie, rozpoczyna historię wzajemnego zafascynowania Christiana i Anastasii. A właściwie to Any, bo ta nie lubi, gdy ktoś zwraca się do niej pełnym imieniem. Grey zaczyna stalkować główną bohaterkę, mówi jej, że jest niebezpieczny, że nie jest mężczyzną dla niej, a jednocześnie nie może się jej oprzeć. Ana – mimo odwzajemnienia tej fascynacji – jest święcie przekonana o swojej nieatrakcyjności. Cholera, czy tylko ja mam déjà vu?

ROMAN: Nie zapominaj o parze bogatych snobów adoptujących skrzywione emocjonalnie sieroty. Cóż, nie da się ukryć – echo Zmierzchu widoczne jest niemal na każdej stronie Pięćdziesięciu twarzy Greya. Dla mnie osobiście rzecz to o tyle niepojęta, że E.L. James (przy całej swej nijakości) może pochwalić się o wiele lepszym warsztatem niż Stephenie Meyer. W którymś momencie pomyślałem nawet: „kurczę, ona mogłaby być solidną autorką romansideł. Takim Nicholasem Sparksem dla ubogich”. Potem jednak uświadomiłem sobie, że rozmyślam o kimś, kto fascynuje się twórczością Stephenie Meyer.50 twarzy Greya recenzja książki

Still better love story than Twilight

RAFAŁ: Z tym, że Stephanie Meyer mówi seksowi przedmałżeńskiemu apage, a bohaterowie Pięćdziesięciu twarzy Greya nie udają świętoszków i lubią się nie tyle kochać, co – cytuję – „ostro pieprzyć”. Ba, nawet przeklinają! Podoba mi się też to, że sceny seksualne nie silą się na mitologiczny romantyzm i mają w sobie ten nieokiełznany brud, którego stara się unikać większość romansideł. Aż zastanawiam się, jak to możliwe, że w produkcję ekranizacji nie jest zaangażowany Larry Flynt albo, nie wiem, Ron Jeremy. Sam Grey zresztą wspomina, że nie jest typem romantyka. I jakoś nie mam specjalnie problemu z tym, że pozycję tę można spokojnie nazwać porno-książką. Ale myślę, że gdyby wyciąć sceny erotyczne z tej książki to właściwie niewiele nam zostanie. Bo Pięćdziesiąt twarzy Greya to powieść, która sprawdza się słabo jako… powieść.

ROMAN: A czego ty byś chciał od tworu, w którym jedyny wątek stanowi skomplikowana relacja damsko-męska, fabuła bez „pieprznych” scen nie ma prawa istnieć, a rolę głównego (i jedynego) antagonisty odgrywają… osobliwe upodobania łóżkowe głównego bohatera?

RAFAŁ: Może za dużo w życiu przeczytałem mądrych książek i mam zbyt wysokie wymagania? Jasne, że to jedyny wątek – Christian Grey pojawił się w momencie, gdy mój mózg jeszcze nie zanotował, że zacząłem czytać książkę. A autorka nawet nie pofatygowała się, aby wprowadzić nas w realia świata – zostajemy od razu rzuceni w wir fascynacji, która pozbawiona jest logicznego wytłumaczenia. To znaczy ze strony Any jest to zrozumiałe, bo ciągle zachwyca się nad Christianem, co swoją drogą bardzo przypomina zachwyty Belli nad Edwardem. Jednak sam Christian właściwie nie mówi nic oprócz tego, że Ana „ma coś w sobie”. Typ chce ją bić w łóżku najróżniejszymi przedmiotami, obwiązywać i yhm… przeczyszczać jelito tylko i wyłącznie dlatego, że ona „ma coś w sobie”?

Ulubione zajęcie Any? Przygryzanie wargi

ROMAN: Ja myślę, że on to wszystko robi przez jej chorobliwe przygryzanie dolnej wargi. Swoją drogą, spróbuj zgadnąć, ile razy Ana dopuściła się tegoż czynu. Możesz się pomylić o pięć przygryzień.

RAFAŁ: Nie mów mi, że liczyłeś! Ale pamiętam, że było tego dużo. Stawiam – literacko – na czterdzieści cztery.

ROMAN: Obawiam się, że trochę przesadziłeś. Prawidłowa odpowiedź to dwadzieścia jeden. Tyle przynajmniej udało mi się naliczyć. Ale nie martw się, mam dla Ciebie nagrodę pocieszenia. Godzinę w Czerwonym Pokoju Bólu w towarzystwie Christiana Greya. Jak będziesz „grzeczny” i „uległy”, to może i Tobie sprezentuje MacBooka, luksusową gablotę albo m2 na Starym Rakowie [dzielnica Częstochowy – przyp. RS]. Kontent, rad i wesół?

50 twarzy Greya recenzja książki

RAFAŁ: Myślę, że Grey nie polubiłby naszego tekstu. Chociaż może stwierdziłby, że „ma coś w sobie”? Swoją drogą masz chyba świadomość istnienia działu filmów pornograficznych, zwanych „female friendly”? Od zwykłych pornosów różnią się zazwyczaj wprowadzeniem romantycznego kontekstu, np. enigmatyczny kochanek zaprasza dziewczynę na romantyczną kolację i wręcza prezenty za swoją kosmiczną pensję, za co dziewczyna jest wdzięczna i chce tę wdzięczność okazać, co oczywiście kroczyło już od dawna po myśli enigmatycznego kochanka. Dodajmy elementy BDSM i jak myślisz, co otrzymujemy?

ROMAN: Pięćdziesiąt torebek Earl Greya?

Słówko o powieściowym finale

RAFAŁ: Teabaggingu tam nie ma, o dziwo. Albo nie zwróciłem na to uwagi. Ale tak, właśnie o tym mowa. Swoją droga, zastanawia mnie, co sądzisz o tym jakże dramatycznym zakończeniu pierwszej części trylogii o związku Any i Christiana?

ROMAN: Sądzę, że jest durne. UWAGA, SPOILER! Ana mówi do Christiana: „zrób to, sprawdź, ile jestem w stanie znieść”. No, a że Christianowi dwa razy powtarzać nie trzeba, leje ją pasem po gołym tyłku. Łup, łup, łup i dupa sina. A Ana? Ana stwierdza ze łzami w oczach, że to bolało (oh, really?), że następnego razu by nie zniosła, po czym zrywa z Christianem, oddaje mu zarobione tyłkiem gadżety i wychodzi. KONIEC TOMU PIERWSZEGO. Tadaaaam! Czy muszę cokolwiek dodawać?

Czy 50 twarzy Greya ma jakieś plusy?

RAFAŁ: Warto wspomnieć, że leje sześć razy, licząc to dokładnie niczym Adaś Miauczyński. Ale czy to oznacza, że Pięćdziesiąt twarzy Greya nie ma żadnych pozytywów?

ROMAN: Ależ ma, zwłaszcza jeśli punktem odniesienia będzie Zmierzch. Plusem na pewno jest narracja. Przemyślenia Any są spójne, logiczne, a i nierzadko dowcipne. Następna rzecz – dialogi. Swobodne, wiarygodne i lekkie. Ogółem Pięćdziesiąt twarzy Greya to co najmniej jedna półka nad Zmierzchem. Co nie zmienia faktu, że to wciąż literatura śmieciowa.

RAFAŁ: Tak samo, jak nastawienie Any do Christiana nie jest takie bezkrytyczne, jak zapowiada początek książki – naszym bohaterom zdarza się nawet ze sobą sprzeczać! Nie jest to związek aż tak bezpłciowy jak w przypadku Zmierzchu, a sceny „pieprzne” dodają tej relacji smaczku – sprawiają w końcu, że postaci zaczynają przypominać prawdziwe osoby. Bo spójrz: zawsze potrafiący się zachować biznesmen zmienia się w seksualnego kata, a w trakcie stosunku nie powstrzymuje swojego języka. To sprawia, że postaci mają w sobie ten cień dwuznaczności, którego w dziele Stephanie Meyer właściwie nie uświadczymy. Mówię o cieniu, bo wciąż nie można się oprzeć wrażeniu pewnej schematyczności czy wręcz papierowości bohaterów. Chciałbyś coś jeszcze dodać?

Czy sceny seksu w 50 twarzach Greya naprawdę mogą dziś szokować?

ROMAN: Może to, że muszę być jakiś skrzywiony, bo żadna ze scen erotycznych nie była dla mnie niczym szokującym…

RAFAŁ: Cóż, nie ukrywam, że dla mnie również nie było w nich niczego szokującego, ale to nie rozprawa o naszym życiu seksualnym, tylko o Pięćdziesięciu twarzach Greya. A książka E.L. James w rzeczywistości okazuje się być zwykłym romansidłem i niczym więcej. Ot, książka, jakich wiele. Naprawdę nie ma powodów, aby się nią podniecać. I niech to zdanie służy za zakończenie. Do zobaczenia w kolejnym odcinku naszego cyklu!

ROMAN: A w nim recenzja powieści Igrzyska Śmierci.

Share